sobota, 14 marca 2020

Lunka...

Wczoraj, 13 marca 2020, pożegnałyśmy Lunę.
Przeżyła prawie 11 lat z Do, ze mną znała się od 7.
Kochana, mądra, cudownie spokojna, ale mająca swoja zdanie - do końca - suka.


Strasznie boli, że jej już z nami nie ma. Ale wierzę, że kiedyś się jeszcze spotkamy.

sobota, 7 marca 2020

Lunki walka o zdrowie

Dzisiaj naszą bohaterką jest Lunka.

Lunka w środę wieczorem zwymiotowała, ale nie posmutniała, szybko po sobie sprzątnęła i właściwie zapomniałyśmy o sprawie.
W czwartek rano nie chciała zejść po schodach na spacer. Nie zjadła też śniadania, znaczy wzięła parę gryzów, ale ponad pół miski zostało.
W czwartek po południu też nie chciała zejść ze schodów, znosiłam ją.
W czwartek wczesnym wieczorem była już w klinice Animal Center, bo to nasze ulubione miejsce weterynaryjne. (Dlaczego nie wcześniej? Bo po domu chodziła żwawo, wskakiwała na meble, nie wyglądało, jakby sprawa była nagląca). Wyniki badania krwi nie mówiły nic, w rozmazie dopatrzono się jakby babeszji. Decyzja: walimy imizol, bo nawet podany "niepotrzebnie" zaszkodzi mniej, niż ewentualna babeszjoza. Do tego kroplówka, przeciwbólowe, do domu.
W domu super, na spacer poszła, zjadła pół porcji kolacji i była oburzona, że nie ma więcej.

W piątek rano już znowu odmawiała chodzenia po schodach, po płaskim zresztą też, niosłam ją na rękach do samochodu.
W klinice zameldowałyśmy się o 9 rano.
USG wykazało płyn w otrzewnej, ale nie wiadomo, skąd - narządy generalnie ok. Sytuacja z gatunku WTF.
Przeciwbólowe, kroplówka kapiąca godzinami, książka, przemiła obsługa, proponująca kawę, herbatę, wodę i odgrzewająca w służbowej mikrofalówce mój obiad.
Ok. 15:00 cudowna Ava Sawaszkiewicz bardzo spokojnie, acz stanowczo poinformowała nas, że w tej sytuacji (znaczy: z psem jest źle i nie wiadomo, czemu) otwieramy i patrzymy, co w środku. (Znaczy, żeby nikt się nie oburzał - mogłyśmy odmówić. Ale jasne było i jasno nam powiedziała, że to jedyna opcja, która cokolwiek wyjaśni.)
Chwilę przed 17 Lunka, już radośnie naćpana, pojechała na salę operacyjną, a my do domu.
O 17:45 Do dostała telefon. Okazało się, że trzustka Lunki ma zmiany martwicze, śledziona jest w ogóle do niczego, a na nadnerczu wielki guz. I musiałyśmy zdecydować, co dalej. Możliwe czarne scenariusze obejmowały: niemożność usunięcia guza, niewybudzenie się po operacji (mówimy o psie kilkunastoletnim!), brak poprawy samopoczucia po operacji. Uznałyśmy jednak, że damy Lunie szansę powalczyć.
Przed 20:00 informacja, że operacja usunięcia śledziony, połowy trzustki i guza się udała, a Lunka się obudziła.
Przed 21:00 byłyśmy znowu w klinice.
Po 22:00 zabrałyśmy Lunę na rękach do domu. Alternatywą był szpital, ale uznałyśmy, że do szpitala zawsze możemy pojechać (mamy rzut beretem do MultiVetu na Gagarina), a jednak noc w domu, na własnym posłaniu to lepsze, niż noc w klatce w szpitalu.
O północy i o 2:00 zastrzyki podskórne, które dzielnie wykonywała Do.
W międzyczasie próby stworzenia posłania, które będzie wygodne, ale wodoodporne, bo Lunka bez żadnej żenady sikała ciurkiem pod siebie. Na szczęście nie pierwszy raz jej się to zdarza, miałyśmy więc nowiutkie prześcieradła gumowane i pieluszki. Powodzi nie było.

W sobotę rano Luna samodzielnie się napiła, zjadła też kilka chrupek. W nocy sama przewróciła się na drugi bok, rano siadała, a nawet wstała sama!
Od 11:00 Lunka z Do są znowu w klinice. Lunka dostała leki, leży też pod kroplówką, w planach jest druga, żeby  nawodnić i wzmocnić organizm. Zżarła mokrą karmę. Radośnie sika pod siebie.
Rokowonia wciąż ostrożne, ale jak na psa, z którym właściwie się pożegnałyśmy i któremu dawano szanse "pół na pół" na przeżycie wczorajszego dnia, nieźle sobie radzi...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Seminarium tollingu ze Sverkerem Haraldssonem, 23-24.03.2018

Poprzedni post opisywał na gorąco nasz sukces, pora (po ponad tygodniu, bo tyle czasu zajęło mi znalezienie weny i sił) napisać, o co w ogóle z tym seminarium chodziło.
A chodziło głównie o to, że tollery są wyjątkowe :).

Kto to jest ten Sverker Haraldsson?

Wielki miłośnik tollerów i spec od nich, a także wieloletni działacz  i przewodniczący szwedzkiego toller klubu, zdobywca (z psem oczywiście) tytułu championa tollingu, sędzia tollerowych prób pracy i fajny facet.

O co chodzi z tymi tollerami?

Tollery to rasa, której pierwotnym zadaniem (tak pierwotnym, że kiedy się nim zaczęły zajmować, nie było jeszcze mowy o żadnej rasie, a o "małych, rudych rzecznych psach") było pomaganie w polowaniach nie tylko poprzez przynoszenie trafionego ptactwa, ale również - i tu leży ich wyjątkowość - poprzez wabienie wodnego ptactwa do brzegu. Jak to robiły? Bawiąc się na brzegu, co z powodów do tej pory dla mnie niezrozumiałych sprawia, że ptaki podpływają i tym samym podkładają się myśliwemu. Ważne też jest to, że polowania w tollerem nie były imprezami jakie znamy z obrazów czy współczesności (masa ludzi, masa psów, trup ściele się gęsto), ale kameralnymi imprezami na jednego człowieka i jego psa.
Co z tego wynika dla tollerów? To przede wszystkim, że tradycyjne testy pracy retrieverów czy konkursy dummy nie odwzorowują tego, do czego zostały stworzone - i pół biedy, że cześć aspektów takich prób jest dla nich bardzo trudna (np. praca w dużej grupie psów), ale cała bieda, że marnuje się ich wyjątkowy potencjał.
Dostrzegli to mądrzy Szwedzi i stworzyli tollingjaktprov, czyli próby tollingu właśnie.

Czyli co to jest, ten tolling?

Szeroko rozumiane, jako test, tolling składa się kilku zadań. Są to:

  1. Podejście do zasadzki, podczas którego człowiek z psem przy nodze skrada się za rozstawioną nad wodą siatkę. Liczy się tutaj skupienie, spokój, sensowna pozycja przy nodze.
  2. Tolling właściwy, czyli to specyficzne wabienie. Polega na tym, że schowany za siatką człowiek rzuca psu zabawki wzdłuż brzegu, a ten je przynosi. Są też momenty wyciszenia, kiedy pies ma leżeć i nie robić nic. Tutaj liczy się dynamika psa, jego zabawowość, wyraz, ale też umiejętność przejścia w stan spokoju i zrelaksowania, kiedy ma leżeć.
  3. Marking z wody, czyli aport. Zależnie od klasy (są 3, Beginners, Open i Elite) jest to marking pojedynczy lub wielokrotny. Tutaj bardzo liczy się "water passion", czyli miłość psa do wody, a także prędkość, oddawanie aportu, wyczekanie na komendę i cisza (chociaż Sverker mówi, że jako sędzia akceptuje, jeśli pies wyda dźwięk skacząc do wody).
  4. Free search, czyli szukanie aportów na wskazanym obszarze. Tutaj pies pracuje samodzielnie, przewodnik zna tylko ogólny obszar, gdzie należy szukać. I co ciekawe, szukanie często odbywa się we "wrednym" terenie: zarośniętym, podmokłym, bagnistym itp. z założeniem, że tollery mają sobie z nim radzić.
  5. Marking z lądu, czyli jak z wody, ale z lądu :). Ale tutaj znowu, nie ma lekko, aport nie jest wyrzucany na płaskie, suche pole, a raczej w teren wredny i paskudny.
Co ciekawe, zawody tollerów nie mają charakteru rywalizacji. Każdy pies otrzymuje ocenę, może to być 0 (nie zaliczone), 3 (jak nasza dobra), 2 (bardzo dobra) i 1 (doskonała), nie ma jednak rankingu ani podium, nie ma też punktów, jest za to karta z oceną opisową. Odpowiednia liczba ocen 1 pozwala na przechodzenie z klasy do klasy, a 3 oceny 1 w klasie Elite oraz (niestety) próba na prawdziwym polowaniu dają tytuł championa tollingu.

Na zawodach tolling odbywa się na "cold game", czyli martwym ptactwie (co w moich oczach jest wciąż obrzydliwe, ale dalece bardziej humanitarne niż próby pracy na zwierzynie strzelanej na miejscu) i przed każdym wyrzutem następuje wystrzał z broni hukowej. Na seminarium pracowałyśmy bez strzałów i na dummy, czyli półkilowym wałku w tkaniny (i z różnych względów nie będę pracować inaczej).

I co myśmy tam robiły?

No, jak to na seminarium, uczyłyśmy się. Pierwszy dzień opisałam poprzednio, poza wstępem teoretycznym, który porządkował wiedzę i pozwalał sobie wyobrazić przebieg tollerowych prób, a drugiego odbył się "funny tolling trial", czyli treningowe zawody. Bardzo ciekawie było patrzeć na różne rude w robocie, to której zostały stworzone!
No i mamy powód do dumy, bo wprawdzie trial skończyłyśmy z oceną 0 (Fenka nie robiła nigdy prawdziwego free searchu, nie zrobiła go i tym razem), ale za to dostałyśmy nagrodę za najlepszy tolling, która ogromnie cieszy - nie jako nagroda za ciężką pracę z Rudzielcem, ale właśnie jako wyraz uznania jej naturalnych predyspozycji i tego, że, no... jest cudowna.

Fenka z nagrodą za najlepszy tolling

Opis naszego przebiegu ogromnie mi się podoba. Sverker jest mistrzem w wyszukiwaniu pozytywów i docenianiu każdego psa, ale zarazem nie umyka mu żaden obszar do ćwiczeń i poprawy. Poza docenieniem tollingu, zauważył, że rudej brakuje wyciszenia, ale że rozumie, kiedy ma być nieruchoma i że jej zachowanie jest tylko kwestią mojego prowadzenia. Mnóstwo rzeczy było za to "na plus": szybkość, praca nosem, miłość do wody, zapamiętywanie, prędkość podnoszenia aportu oraz cisza w pracy (cisza w pracy, czujecie to? Fenka. Była. Cicho!).

Karta oceny naszego funny tolling trialu

I na koniec jeszcze raz chcę podziękować Gosi i Krzyśkowi Prażanowskim, którzy to seminarium zorganizowali i którzy niezłomnie zarażają innych swoją miłością i ciekawością tych małych, rudych, bardzo specyficznych piesków. Na następną przez Was robioną imprezę jadę w ciemno!

sobota, 24 marca 2018

Pierwszy dzień seminarium tollingu ze Sverkerem Haraldssonem

Piszę na gorąco, więc nie będzie wstępu o tollingu i Sverkerze, będzie samo tłuste.
Z Fenką tollingu nie ćwiczyłyśmy prawie wcale: na seminarium jechałyśmy po trzech sesjach skradania się do wody (udanych) i tyluż (podobnie udanych) sesjach podawania do ręki dummy balla. Ale myślałam, że ok, to mamy, więc wstydu nie będzie.
Dzisiejsze pierwsze wejście zweryfikowało mocno to podejście. Fenka, mimo wyspacerowania i przypomnienia zachowań, dostała na widok wody pie**olca, straciła kontakt z bazą, mózg przeszedł jej w stan ciekły. Sverker pomógł ją nieco ogarnąć, ale w zasadzce też dziczyła, uciekła ze trzy razy do wody z piłką, po aport też nie pobiegła, wolała wleźć do stawu.
Sverker podsumował nasze wejście słowami: "It was... fun. For the audience." Mi za to stanowczo nie było do śmiechu, przeciwnie, czułam się, jakbym odbyła podróż w czasie 4 czy 5 lat wstecz do najgorszych fenkowych lat. Do psa, który nie radzi sobie z emocjami, a ja nie umiem mu pomóc. I bardzo nieprzyjemne to było uczucie.
Zamiast więc jeść lunch, poszłyśmy ćwiczyć, skupiając się głównie na dochodzebiu do wody przy piłce zostawionej z tyłu, z nagradzaniem poprzez wysłanie do tej piłki. Wyglądało to nieźle.
Na drugie wejście zameldowałam się z psem wykąpanym w innym stawie, który sama znalazła, skupionym i przytomnym. I co?
I podeszła do zasadzki przy nodze, lekko tylko chwilami wyprzedzając.
I aportowała piłki jak szatan, bez zbaczania z trasy (choć rundki honorowe owszem, bywały).
I wreszcie wysłana po dummy-kaczkę najpierw wysiedziała pięknie rzut, potem poleciała jak strzała, nie uwierzyła, że ma zaaportować to coś, wróciła do mnie, a na powtórzoną komendę wystrzeliła, podniosła, przyniosła galopem po idealnie prostej linii i oddała mi z siadu prosto do ręki.
"That was different", powiedział zdumiony Sverker.
Jutro treningowy tolling trial. Ale jakkolwiek pójdzie, my już wygrałyśmy.

piątek, 19 stycznia 2018

Halowe Przebiegi Treningowe, Natolin, 14.01.2018 - relacja inaczej

Długo zbierałam się do napisania tego posta, bo w swojej głowie wyczerpałam temat Halowych Przebiegów Treningowych, robiąc szeroką notatkę w moim pięknym dzienniczku.

Z tego powodu zapraszam Was na wpis nietypowy: poniżej, oprócz kilku słów o rzeczach okołozawodowych, eleganckie zdjęcie rozkładówki z planem na te przebiegi i wnioskami z nich. Chciałabym w ten sposób otworzyć temat, który już jakiś czas temu chciałam poruszyć, czyli dziennik treningowy i patenty na jego prowadzenie. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii o tym pomyśle (i o notatkach samych w sobie).

Kilka spraw okołozawodowych na początek: chciałam ogromnie podziękować osobom odpowiedzialnym za organizację tego wydarzenia, bo było super! Same przebiegi, pomimo omówienia po każdym, szły niesamowicie sprawnie - była to bodaj pierwsza impreza obikowa, która skończyła się przed czasem! Klaudia na ringu i poza nim była ogromnie pomocna i wspierająca; machający kartkami z punktami Jędrzej miał strasznie trudne zadanie oceniania mocno nieraz modyfikowanych ćwiczeń, ale dawał radę - moim zdaniem - zawodowo, a to, co powiedział nam na omówieniu, miało dla nas sporą wartość. Wiem już na 100%, że jeśli tylko los pozwoli, na imprezach Klaudii mnie nie zabraknie!

A teraz techniczna część naszego przebiegu:


Jeśli jest to niejasne, spieszę poinformować, że najpierw jest plan, na który po przebiegu naniosłam ptaszki (wykonane), krzyżyki (niewykonane) i znak zapytania tam, gdzie sama miałam wątpliwości; potem zaś następuje relacja z przygotowanie do przebiegu i samego przebiegu. Rozgrzewka była dwa razy, ponieważ zostawanie było pierwsze, a nasz przebieg dziewiąty, więc w międzyczasie Fenka zdążyła się wyspać, zastać i zapomnieć, że robimy jakieś obi ;). Po opisie przebiegu są plusy i minusy, jakie w nim widziałam, a dalej wnioski. Podobne wnioski zapisuję także po każdym treningu.

I jak Wam się podoba?

czwartek, 23 listopada 2017

Seminarium obedience z Magdą Łęczycką, 11-12.11.2017

Uwaga, uwaga, nadchodzi nowość! Opis wydarzenia prawie na świeżo, czymże jest bowiem 11 dni wobec wieczności? ;)


Patatajec radosny

I właściwie nie chcę dużo pisać. Szczegóły w tym przypadku, choć rozpisane i zanalizowane w dzienniku treningowym, nie są najważniejsze.
Najważniejsze jest to, że na uczestnictwo w seminarium z Magdą było jak powrót do obikowego domu - ale w taki fajny sposób, w jaki wraca się po bardzo długiej, bardzo uczącej podróży; kiedy wszystko jest bezpieczne i znane, ale zarazem inne, bo my jesteśmy inni.
Doskonale wiedziałam, nad czym chcę pracować.
Z drugiej strony miałam ogromną otwartość na uwagi Magdy, wielką ciekawość tego, co mi powie, co zobaczy, czy zobaczymy podobne rzeczy.
Udało mi się też, z czego byłam i jestem dumna, zaplanować spacer przed i rozgrzewki tak, żeby Fenka była w naprawdę fajnym stanie psychoemocjonalnym (choć i tak troszkę poleciała w kosmos na początku, ale i tak jestem zadowolona).


A przede wszystkim, udało mi się tak nastawić, że każda chwila z psem była przyjemnością. Nie było złości, frustracji, walki, rozczarowania. Owszem, były trudniejsze momenty, ale bardzo starałam się dbać o komfort Fenki i mój, o dobrą zabawę, o jasne komunikaty, ale emocjonalny luz. I uważam, że pięknie się to udało.


Wróciłam naładowana inną niż zwykle energią, pełna chęci do działania, ale i pełna spokojnej satysfakcji, radości z faktu, że Fenka i ja jesteśmy razem, jesteśmy zespołem, chce nam się wspólnie robić rzeczy, rozumiemy się i dobrze się ze  sobą bawimy.

Bo w końcu to jest najważniejsze.

środa, 25 października 2017

Opowiastka bez morału

Od paru miesięcy, może nawet dłużej, buduję smutną obserwację.

Zaczęło się od szczeniaka setera, małego, źrebakowatego, ciągającego swoją właścicielkę po osiedlu. Kilka razy musiałam jej tłumaczyć, że fakt, że moje psy idą razem, nie oznacza, że zaakceptują jej szczeniaka, kicającego im po głowach. Nie była zachwycona, ale dzielnie halsując z szarpiącym się seterem, szła w inną stronę.

Minął czas jakiś. Teraz po osiedlu chodzi dorosły już seter, już nie ciągnący, ale miotający się jak szatan w stronę wszystkich psów, i to z dźwiękami zwiastującymi mało dobrego. I właścicielka już nie próbuje podchodzić, tylko staje i szarpie się z niemałym przecież psem. Smaczku dodaje podejrzenie, że seter jest na kantarze, ale nie dam uciąć sobie za nie głowy, bo zawsze na jego widok zmykam, bo mi żal ich obojga (tak szczerze, nie, że żalpeel).

I mogłabym tu dużo pisać, że tak się kończy brak pracy z psem, że tak się kończy branie takiej rasy, jak seter, i tuptanie z nią po osiedlu (zresztą nie wiem tego, może robią kilometry po polach nad Wisłą, tylko ja tego nie widzę), że laboga, takie te ludzie okropne.
Ale zupełnie mi się nie chce. Bardziej chciałabym mieć pomysł, jak można zapobiegać taki sytuacjom, jak docierać do ludzi z wiedzą, jak motywować do zmian.
Ale nie mam pomysłu.

A Wy?

poniedziałek, 9 października 2017

Rajska niedziela

Banalna prawda jest taka, że są miejsca, gdzie chce się wracać, gdzie wraca się możliwie najczęściej i gdzie ludziom i zwierzom jest po prostu dobrze. My mamy to proste szczęście, że mamy takie miejsce całkiem niedaleko od domu.


Dlatego w sobotni wieczór starsze psy zostały odstawione do Dziadków (ku zachwytowi wszystkich zainteresowanych stron), a my i młode suki ruszyłyśmy bladym świtem na wyprawę.


I cóż, do raportowania jest sumie niewiele. Jest za to wiele powodów do zachwytu.
Zachwyca mnie, że Fenka i Spacka wprawdzie na dzień dobry mocno drą ryjka, ale po chwili akceptują obcego psa w aucie.
Ekstra był fakt, że Fenka puszczona ze smyczy dogaduje się w psami naprawdę fajnie - owszem dosadnie i głośno oznajmia, kiedy jej coś nie pasuje, ale robi to mimo wszystko akceptowalnie. Oraz rozczulał mnie widok Fenki śpiącej pod stołem obok obcego psa oraz bawiącej się w wariackiego ganianego, z którego na jedno zawołanie meldowała się przy mnie.


(A w ogóle, to ten pies, mający na imię Wienia, jest mega do Fenki podobny! Nieco mniej z wyglądu, ale z ruchów, zachowania, pomysłów... Kosmos!)
Strasznie fajne jest samo miejsce, to, że można pójść na spacer, puścić dziewczyny luzem, że one się bezproblemowo przywołują, że biegają i widać, że są ogromnie szczęśliwe.


I wreszcie, naprawdę mnie cieszy, że kiedy samochód odmówi dalszej jazdy 40 kilometrów od domu i to dość późno w nocy, nasz psy spokojnie akceptują fakt, że trzeba jechać obcym autem (i to lawetą!) i wprawdzie Spacka przez chwilę próbuje zaczepiać kierowcę (bo to taki super wujek!), to jednak obie błyskawicznie uznają, że tak ma być i idą spać.

Dumna jestem z tych naszych suk i dobrze mi z nimi ogromnie!

sobota, 2 września 2017

Dogtrekking z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu i Fundacją Razem - 02.09.2017, relacja na gorąco!

Nasz start w tej imprezie o jakże długiej nazwie podsumować można krótko: przybyłyśmy, połaziłyśmy, zaskoczyłyśmy!

Sam udział naszego teamu stał pod znakiem zapytania aż do dzisiejszego poranka, bo zależał od mojego samopoczucia i od pogody - świt jednak nie całkiem paskudny zastał mnie w niezłym stanie, więc ruszyłyśmy. I od razu niespodzianka - zamiast dojechać z dwugodzinnym zapasem, jak mam w zwyczaju, na miejscu wylądowałyśmy 20 minut przed odprawą, więc czasu było akurat, żeby się odmeldować, pobrać pakiet startowy, ogarnąć plecak i mapnik i ruszać.

Fenek jest Fenkiem, więc już w drodze na start zwróciła na siebie uwagę chyba całej stawki, miotając się na końcu amortyzowanej linki jak oszalała makrela. A na starcie trochę zrzedła mi mina, bo okazało się, że pierwszy kawałek trasy to zejście bardzo stromym zboczem - miałam więc natychmiastową wizję, jak lecę za tą makrelą na łeb, na szyję... Na szczęście udało się zejść bez przygód i ruszyłyśmy na wschód w siąpiącym deszczu, szybko napotykając dylemat: ugotować się, ale pozostać względnie suchą, czy zdjąć kurtkę i przemoknąć?
W dodatku odkryłyśmy smutną prawdę: mapa szła sobie, a drogi sobie i nie istniało żadne połączenie między nimi. Co więcej, pierwszy punkt kontrolny (PK, na przyszłość) na mapie był zaznaczony dwukrotnie, na odprawie jedna z lokalizacji została nam wskazana jako nowa i poprawna... a złośliwy PK1 był w starej i ominięcie go pewnym krokiem kosztowało nas jakieś 400 metrów cofki i nadrabiania. Tak samo stało się z PK3 (na dole posta znajduje się mapa, przy użyciu której można sobie wszystko unaocznić): szukaliśmy (z przemiłą parą z foksterierami) go znacznie dalej, niż faktycznie był.
Przejście miedzy PK3 a PK4 z początku wyglądało nieźle, ale potem droga prowadziła mocno zarośniętym nasypem i tutaj na głos powiedziałam: "Gdybym była sama" - bo szłam razem z foksterierowymi - "nigdy bym się na tę drogę nie zdecydowała". Myśl ta, w dodatku zwerbalizowana, wpędziła mnie w mały kryzys, szczególnie, że wydało mi się, że godzina już późna (było około południa, a deadline dojścia na metę wypadał o 15), a telefon pokazywał, że za nami już ponad 5 km przy nieimponującym dystansie na mapie. Przez moment zastanawiałam się, czy dam radę sama znaleźć punkty, czy nie zmylą mnie nieistniejące drogi, czy nie zostanę na trasie do nocy... A potem zagryzłam zęby, pożegnałam foksterierowych i na skuśkę przez las ruszyłam do szosy i dalej na PK9.
Przy samej dziewiątce los zesłał mi dobrego ducha w postaci innego zawodnika, który uprzejmie poinformował mnie, że przestrzeliłam punkt o parędziesiąt metrów, wskazał kierunek i pocieszająco dodał, że sam zrobił wielkie koło, żeby go znaleźć (a wszystko to mogło mieć związek z powtarzającym się schematem "na mapie jest droga, w realu jest las").
Tutaj dostałam szwungu i ruszyłam ostro na PK10, znajdując go dokładnie tam, gdzie się go spodziewałam i przy okazji pozdrawiając kolejny raz Pana Dobrego Ducha.
Droga z PK10 do PK8 wyglądała już dokładnie tak, jak planowałam i dodało mi to skrzydeł, na których pofrunęłam dalej, do PK7 i gładko do PK5 - w końcu ścieżki układały się tak, jak na mapie, samotność z Fenką i dobrą muzyką była przemiła, leciałyśmy. Radość i sielanka, mimo pięty, którą obtarłam w okolicy drugiego kilometra i o której chwilowo nie myślałam, ale miałam przeczucie, że przyjdzie mi za to zapłacić.
W drodze na PK6 bez sensu spytałam napotkaną rodzinę, czy punkt tam jest, co jakoś idiotycznie odebrało mi pewność i prędkość, bo z ich odpowiedzi wywnioskowałam, że jest blisko, a nie był (a trzeba było czytać mapę!). W dodatku przy PK6 cały mój plan się wysypał, bo na mapie punkt ten znajdował się przy przecince, prowadzącej dalej jak strzelił do PK2 (ostatniego na mojej trasie), a w rzeczywistości... tak, zgadliście, żadnej przecinki nie było. Miałam do wyboru cofnąć się do ostatniej, równoległej drogi, albo lecieć na przełaj i tę drugą opcję wybrałam. I tutaj znowu coś nade mną czuwało, bo znalazłyśmy po drugiej stronie szosy niepozorny skręt w las, który okazał się prostą drogą do PK2.


Od tego momentu czekał nas tylko krótki powrót na metę - jak się okazało, najmniej przyjemny fragment trasy, bo wzdłuż szosy. Tym niemniej, kiedy dotarłyśmy na metę i oddałam kartę, usłyszałam "No bardzo ładnie, będziesz druga albo trzecia" - i absolutnie nie mogłam w to uwierzyć.

A jednak. Podczas dekoracji okazało się, że faktycznie zajęłyśmy z Rudzikiem trzecie miejsce, zgarniając medal, świńskie ucho i piłkę-ażurkę-smakulkę w jedynie słusznym kolorze pomarańczowym. Nie ukrywam, to dobra motywacja, żeby kontynuować przygodę z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu w nowym sezonie...

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wakacje w 4 psy, czyli wiejskie burki atakują

Sierpień się kończy, wakacje skończyły, pora na podsumowania.

Tegoroczne wakacje były dla krzakowej ekipy nietypowe, bo bardzo dużo czasu (aż trzy tygodnie) spędziliśmy razem, w szesnaście łap i cztery nogi. Obecność starszych psów, które mają swoje wymagania dotyczące towarzystwa, sposobu spędzania wolnego czasu, ograniczenia związane z zamykaniem i przebywanie samotnie i masę innych uwarunkowań wydawała mi się wstępnie wyzwaniem - okazało się jednak, że całkiem niepotrzebnie.

Oba wyjazdy z całą czwórką wcelowałyśmy w idealne miejsca. Najpierw byłyśmy pod Ciechanowem, potem pod Augustowem, oba razy u znajomych w pięknych, ale niezbyt wychuchanych domach stojących na ogrodzonym terenie pod lasem - i okazało się to absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Miałam obawy, że puszczone luzem "na ogród" psy będą zachowywać się nieoptymalnie: że Luna będzie obsesyjnie polować, Gruby się zgubi i zrobi sobie krzywdę, a Fenka ze Spacją będą idiotycznie biegać do upadłego i dłużej, szkodząc sobie na emocje. Niepotrzebnie się martwiłam, okazało się, że nasza wesoła czwórka to idealne podwórzowe burki. Luna wprawdzie spędzała trochę czasu na uwięzi, bo kopała w poszukiwaniu drobnych gryzoni, ale za to chodziła po terenie bardzo radośnie i widać było, że czerpie masę przyjemności z niewymuszonego, ale i mało limitowanego ruchu. Karolek w skupieniu badał nowe okolice, po czym szlajał się radośnie - czasem, bo głównie jednak skupiał się na wygrzewaniu w słońcu i spaniu. Spacka i Fenka zaskoczyły mnie najbardziej, bo bardzo pięknie wzięły odpowiedzialność za siebie i popisywały się samoregulacją (w ogóle nie jest tak, że piszę te słowa myśląc o mojej pracy zawodowej ;)): biegały po terenie mało, spały dużo - choć na pewno pomogły im regularne, długie spacery po lasach i polach.




Ostatni etap wakacji wyglądał tak, że staruszki zostały z moimi rodzicami, a z nami pojechały tylko młodsze suki - wynikało to z tego, że jechałyśmy pod namiot i w towarzystwo innego psa. I znowu, same plusy: okazało się, że Spacka potrafi spać w namiocie luzem (do tej pory sypiała w pudełku), dając nam cudownie dużo miejsca, oraz że Fenka bez smyczy potrafi dogadywać się z innymi psami bardzo elegancko. Pozytywnie zaskoczyli mnie też moi rodzice, bo z dwutygodniowego pobytu Luna wróciła tak samo szczupła, jak gdy wyjechała - Karolek zaś uroczo "stłustł", zwłaszcza urosło mu karczycho =).



Plusem tych wakacji był też wolny czas, który wykorzystałam na uporządkowanie w głowie i na papierze wielu psich spraw. Ale o tym, drodzy moi, w następnym odcinku...

sobota, 25 marca 2017

Seminarium dummy z Susann Reinke i Maike Böhm, 17-18.03.2017

Ach, cóż to był za weekend! Rekordowe zimno, deszcz, śnieg, grad, krótkie minuty słońca i grupa szaleńców, stojąca na polu i ze skupieniem wpatrująca się z psy, noszące w pyskach materiałowe wałki - innymi słowy, dumikowe seminarium z Susann Reinke i Maike Böhm.

Jechałam na to semi jako obserwatorka, z ciekawości - miałam zerowe doświadczenie z dummy poza rzuceniem go parę razy Fence (na pierwszym zlocie tollerowym, kiedy miałyśmy się o dummy uczyć, nie wyszłyśmy poza chodzenie w kółko przy nodze). Wiem też, że ruda boi się wystrzałów, więc niezbyt widziałam nas na "prawdziwym" treningu, o zawodach nie wspominając. Uznałam jednak, że posiadanie retrievera do czegoś w końcu zobowiązuje i postanowiłam nie przegapić okazji do zobaczenia, jak na dummy pracują specjalistki od tollerów.

Teoria
Seminarium zaczęło się od wykładu - i już tutaj start był z wysokiego C, bo nie dość, że wszyscy dostaliśmy profesjonalne materiały, to jeszcze prowadzące (mówiła głównie Susann, Maike dopowiadała) urzekły wiedzą, znajomością tollerów, ale przede wszystkim poczuciem humoru i perfekcyjną umiejętnością naśladowania psów (a, jak wiadomo, mówienie psim głosem świadczy o najwyższym poziomie zrozumienia psiej psychiki ;)). Wykład miał trwać trzy kwadranse, przeciągnął się do półtorej godziny i nie żałowałam ani chwili.
Już podczas wykładu jasne dla mnie było, że Susann i Maike proponują metodę nie tylko idealnie dostosowaną do tollerowych mózgów (spokój, równowaga, zaskakiwanie, wyciszanie, bycie zawsze o krok przed psem), ale też bardzo spójną z moją wiedzą obediencową i tak lubianym przeze mnie stylem trenowania.

Praktyka
Sobota i niedziela były dniami ćwiczeń praktycznych, co oznaczało codzienne spędzanie po 8 godzin na dworze =). Nie chcę opisywać dokładnie, co się działo, ale - mówiąc w skrócie - praktyka była całkowicie spójna z teorią. 
Na dwóch grupach po 4 psy, podzielonych pod kątem zaawansowania, Susann i Maike pokazały nam wszystkie aspekty treningu dummy: od podstaw, które można robić już ze szczeniakiem, po zaawansowane podpuchy i pracę na duże odległości.
Okazuje się, że między dummy a obi jest znacznie więcej podobieństw, niż możnaby podejrzewać. Dummy także ma zestaw podstaw, z których buduje się ćwiczenia. Również należy zwracać ogromną uwagę na równowagę pomiędzy przeróżnymi aspektami pracy. W obu sportach frajda dla teamu ma znaczenie fundamentalne. Tak samo liczy się timing nagradzania, planowanie treningów, skupienie na raz na jednym tylko kryterium wykonania zadania, jasny system komunikowania się z psem... długo by wymieniać, ale te podobieństwa całkowicie mnie "kupiły".
Ogromnie ciekawe są też różnice. W dummy przykłada się, co logiczne, znacznie większą wagę do samodzielności psa, bo są zadania (głównie szukanie), przy których człowiek na nic się nie zda. Ważna jest też "wewnętrzna" motywacja psa: Susann kilkakrotnie powtarzała, że nie ma możliwości zmusić psa do czegokolwiek, kiedy znajduje się sto metrów od nas. Dummy jest też pracą mocno bazującą na psich instynktach, tak że kilka razy moje pytania, wynikające z obedience'owego doświadczenia, spotykały się z odpowiedzią "można tak tego uczyć, ale nie trzeba: wystarczy zaufać psu, że sam znajdzie najlepsze rozwiązanie".
Zaufanie było zresztą wspominane wielokrotnie. Susann i Maike przedstawiają dummy jako budowane na wzajemnym zaufaniu w wielu aspektach, bo zarówno człowiek ufa psu, oddając mu zadania, z którymi sobie nie poradzi, jak i pies ufa człowiekowi, że ten wie, co mówi i że warto go słuchać.

Pieski!
Poza wiedzą, wchłanianą na tony, seminarium było też okazją do pooglądania różnych psów (tollerów oraz znajomej nam skądinąd goldenki Inez). I tutaj kolejna fala zachwytów: o dummikujących tollerach słyszałam wiele złego, głównie od ich właścicieli - jakie to są hałaśliwe, nieopanowane, nieogarnięte... A tutaj niczego takiego nie widziałam. Może to zasługa ćwiczeń, proponowanych przez prowadzące, ale psy pokazały się z naprawdę świetnej strony i mam wrażenie, że wszyscy przewodnicy mogli wyjść z porządnym planem dalszej pracy.
Wisienką na torcie były pokazy pracy psów Susann i Maike - pięciu tollerów, głównie w moim ukochanym, szczurowatym typie. Pokazy nie miały nic z chwalenia się, były merytorycznie wplecione w seminarium jako ilustracja proponowanych ćwiczeń - tym niemniej robiły piorunujące wrażenie. Najbardziej zapadła mi w pamięć półtoraroczna suczka Maike, wykonująca samodzielne przeszukanie lasku i w kosmicznym tempie przynosząca pięć dummy. Na filmiku mamy zaś Mikę, psa Susann, prezentującego skomplikowane połączenie wysyłania, zatrzymania, memory (czyli aportu z pamięci) oraz szukania.

Filmik autorstwa Agnieszki Matejczuk

Wnioski
Cóż, są proste. Fenka być może nigdy nie weźmie udziału w zawodach, ale zamierzam wprowadzić elementy (możliwe, że całkiem duże) treningu dummy do naszej codzienności - i zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi.
Czekam też na kolejne spotkanie z Susann i Maike i na podobne imprezy, bo w ten weekend bardzo mocno czułam wspólnotę z innymi tollerowcami i radość ze spędzania czasu na zdobywaniu wiedzy o użytkowym aspekcie naszej rasy.

Tutaj ogromne podziękowania należą się prowadzącym, ale także Gosi i Krzyśkowi Prażanowskim, którzy seminarium zorganizowali. Dzięki!

wtorek, 7 marca 2017

Podsumowanie stycznia i lutego, czyli najgorsza blogerka świata

Widać, że zawodową blogerką raczej nie zostanę, bo pisanie regularnie wydaje się być dla mnie całkowicie nieosiągalnym wyczynem.
Może to też wynikać z faktu, że niewiele się u nas działo - tak, to szokujące, ale można przez 2 miesiące nie zrobić niczego epickiego.
Chronologicznie, było tak:

Chory człowiek

No właśnie. Ja mam niestety traumy z dzieciństwa, polegające na tym, że każde niemal przeziębienie kończyło się zapaleniem oskrzeli albo płuc. Z tego wynika, że o ile mogę, to w chorobie staram się maksymalnie unikać możliwości pogorszenia i biedne psy skazuję na łaskę innych albo wręcz na ćwiczenia w domu. Tak było w te miesiące znacznie częściej, niż bym chciała, bo styczeń wiązał się z tygodniem spędzonym w domu, w łóżku i na antybiotyku. W lutym zasmarkanie nie chciało mnie opuścić przez dłuższy czas. Winę najchętniej zwaliłabym na smog, ale myślę, że istnieje drugi czynnik, o którym zaraz.

Zapracowany człowiek

Przyznaję się, nie bez świadomości popełnienia błędu, że za dużo i za intensywnie pracowałam. Miało to wpływ na moje zdrowie, a także na godziny powrotów do domu i siłę, jaką po powrocie miałam na psy.
Dobra - dla mnie, dla futer, może i dla bloga - wiadomość jest taka, że zmieniłam czas pracy od marca i codziennie wracam do domu o przyzwoitej porze i w stanie dość dobrym, by działać.

Trening na hali

Pod koniec stycznia testowaliśmy krytą, wypasioną halę piłkarską. W skrócie: wow. Szerzej: Fenka zachwyciła mnie faktem, że szukała wzmocnienia w pracy, skupiała się jak tylko umiała mimo trudnych warunków (w pewnej chwili na boisku obok zaczęły latać głośne drony!), ignorowała pięknie blisko biegające czy przechodzące psy... Dopiero zwolniona do odpoczywania zaczynała nerwowo reagować na otoczenie. Fascynujące, że psiak delikatnego psychicznie (ekhem, histeryczny, tak naprawdę) znajduje w pracy coś, czym można zająć głowę i ufa mi na tyle, żeby pracować, zamiast "walczyć" z otoczeniem.
Mam materiały filmowe, kiedyś je obrobię (haha, ile razy pisałam takie rzeczy?) i chętnie opublikuję.

Ferie

Pora roku taka, że internety zostały zalane postami o feriach, planach na ferie, planach "na po feriach" i w tematach pokrewnych. A ja, biedna sierotka (tutaj oczywiście udaję, że nie jestem uprzywilejowana w stosunku do osób pracujących poza edukacją i ferii niemających wcale ;)), miałam ferii tylko tydzień i spędziłam je na... remontowaniu domu. Psy zyskały więc nową przestrzeń na klatki, trochę luzu w salonie - i tyle. Niestety, epickie wyprawy poczekają.

Adopciny Karola i wizyty na hali

Wierzyć samej mi się nie chce, ale ten czarny paskud jest ze mną już cztery lata - a to oznacza, że teraz z każdym dniem jest dłużej domny, niż bezdomny.
Trochę z okazji remontu, a trochę adopcin zabrałyśmy na trening wszystkie cztery psy i ogromnie dobrze mi się z Grubym pracowało: skubany, po wstępnym skołowaniu, umie włączyć mózg i trzepać znane komendy jak dzielny żołnierz!
Na wyjściu z hali spotkało nas jednak nieprzyjemne wydarzenia, ponieważ Fenka i Spacja ostro się spięły. Jednak od tego wydarzenia minęły już trzy tygodnie bez powtórki, zakładamy więc, że przyczyną konfliktu było nagromadzenie zmian (remont, 4 psy na hali, urojka Spacji, hormony brane przez Fenkę).

Miałyśmy, już tylko z pracującymi sukami, dłuższą posiadówę na hali (dzięki, Monika, Ania, Magda i - przede wszystkim - Jagna) i powiem tak: niewiele jest lepszych sposobów na spędzenie czasu, niż mieszanka treningu, a'la seminaryjnej obserwacji innych, dobrego jedzenia i gadania!

Marzec już się zaczął, ale co robiłam przez ten tydzień, opiszę na początku kwietnia. Zapowiada się też materiał o seminarium dummy i reportaż z dłubania obikowych detali. Trzymajcie kciuki za moją systematyczność pisania!

sobota, 14 stycznia 2017

Dziennik treningowy

Czyli o tym, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Zeszyt treningowy oczywiście mam, prowadzony od początku naszej przygody obikowej. Mam tam opisane wszystkie treningi, mam plan treningowy przygotowania do jedynek (samodzielnie zrobiony, całkiem dumna jestem z niego).
Wiadomo jednak (wiadomo?), że dziennika treningowego nie prowadzi się po to, żeby był. On jest po to, żeby do niego wciąż wracać, wyciągać wnioski, wymyślać nowe rzeczy na podstawie starych, a także po to, żeby PLANOWAĆ. I przyznam, że z tym było u mnie mocno na bakier. Dlaczego?
Głównie dlatego, że z systematycznością zawsze byłam na bakier. Zeszyt mam, owszem, ale okazało się, że wybierałam robienie szybkiej notatki w telefonie zamiast zabierania owego zeszytu na trening ze sobą. Co gorsza, obiecywałam sobie, że po powrocie do domu notatki przepiszę - i na obietnicach się kończyło. A skutkowało to nieprzygotowaniem do treningu, niepewnością, co chcę ćwiczyć, ogólnym chaosem, który pięknie przekładał się na obraz naszej pracy.

Szkodliwym przyzwyczajeniom mówię więc DOŚĆ! Poświęcam spory kawałek tego weekendu na przepisanie notatek z telefonu na papier, zanalizowanie dotychczasowej pracy i opracowanie nowego planu treningowego (o którym napiszę pewnie osobny wpis, bo podpatrzyłam u Siv Svendsen genialny patent i będę próbowała go wykorzystać). Następnie wywalam wszystkie notatki z telefonu i już nigdy nie zamierzam pojawić się na treningu bez papierowego dziennika, a także spróbuję mieć gotowy pomysł na to, nad czym chcę pracować.
Jesteście ciekawi, jak mi to wyjdzie? Ja bardzo =).

czwartek, 5 stycznia 2017

Spacerowo

Najtrudniej jest mi wyjść.
To jest jak kula u nogi, jak mackowaty potwór, który trzyma i nie chce puścić; to jakby próg mieszkania miał pięć metrów wysokości i zasiek z drutu kolczastego na czubku. W głowie pojawia się jakieś dwadzieścia osiem wymówek.
"Jest zimno/Jest gorąco". "Pada". "Jest strasznie sucho". "Byłyśmy na spacerze wczoraj". "Pójdziemy na dwa razy dłuższy spacer jutro". "Za dwa dni trening, a to nawet lepsze od spaceru". "Jestem zmęczona". "Jest za wcześnie, wyjdę wieczorem". "Jest późno, wyjdę jutro". "Nie chcę zostawiać reszty stada samych w domu". "Mogłabym teraz czytać/grać na kompie/albo coś".
Mam też w zanadrzu inne. Zawsze coś się znajdzie.

A jednak, kiedy już się uda pokonać ten straszliwy próg, a wcześniej ruszyć z kanapy, ubrać siebie i psa - to wtedy zawsze okazuje się, że było warto. Okazuje się, że spacer z psem to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie można robić, i to zupełnie niezależnie od pogody i pory dnia. Przypominam sobie, że uwielbiam te wspólne chwile z Rudą (a czasem i ze Spacką albo Karolem), kiedy możemy iść swoim tempem, robić co nam się podoba, zwiedzać, zażarcie dyskutować o napotkanych zjawiskach i po prostu cieszyć się tym, co jest. Spacer zawsze świetnie robi mi i na głowę, i na ciało, daje radość, energię, czasami przyjemne zmęczenie, zawsze satysfakcję.

Uwielbiam spacery z psami, choć nienawidzę na nie wychodzić.
Planuję częściej pamiętać o tej pierwszej prawdzie.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podsumowanie grudnia

Nasz grudzień w pewnym sensie trwał aż do dzisiaj - a to przez ciągnące się sprawy zdrowotne Karola Grubereusza. Był to miesiąc zbierania się, ogarniania i czucia lepiej, dzięki któremu w Jakże Niezwykle Ważny Nowy Rok wchodzę z nową, bardzo potrzebną energią. Zapraszam na szczegóły naszego krzakowego grudnia!

Zdrowie Fenki

Zaczęło się niezbyt obiecująco: z okazji szczepienia przeciwko wściekliźnie spytałam doktora Pawła o fenkowe nocne posikiwanie. Od słowa do słowa doszło do badania USG, które jasno wykazało, że Fenka ma hormonalne nietrzymanie moczu, czyli klasyczną przypadłość suk sterylizowanych. Z jednej strony, nie ucieszyło mnie to w oczywisty sposób, w drugi ucieszyło o tyle, że dobrze mieć diagnozę i móc reagować. Reakcja polegała na podaniu serii tabletek, które ustabilizować miały poziom fenkowych hormonów - teraz będziemy patrzeć, czy posikiwanie nie wraca i w razie czego podawać tabletki dalej.
Cóż, bywa i tak.

Zdrowie Karola

Karolkowy grudzień (i dzień dzisiejszy) jest doskonałym przykładem powodu, dla którego wybucham ponurym rechotem za każdym razem, kiedy ktoś mówi coś po linii "po co wydawać pieniądze na psa z hodowli, ze schroniska mam za darmo, a kundle są najzdrowsze".
Zaczęło się jeszcze w listopadzie opuchniętym, załzawionym okiem. Z powodu nieciekawych godzin urzędowania doktora Pawła poszliśmy wtedy do okolicznego weta, dostaliśmy steryd i miało być dobrze. Kiedy jednak zamiast "dobrze" zrobiło nam się znacznie gorzej, wylądowaliśmy u Pawła, który z pomocą głupiego jasia zdiagnozował u Karola paskudny wrzód na rogówce. Przy okazji obejrzał też jego zęby (Grubego, nie wrzoda, wrzód na szczęście zębaty nie jest) i stwierdził, że konieczna jest "sanacja jamy ustnej", na którą umówiliśmy się na dziś.
Bilans zdrowotny Karolka jest obecnie taki, że wrzód z rogówki schodzi elegancko na skutek bohaterskiego zakrapiania po minimum 3 razy dziennie (tutaj ukłony należą się mojej mamie, która kropiła z zaskoczenia podczas naszego wyjazdu, o którym zaraz); Gruby ma też usunięte dwa zęby. Jednym z nich był nadłamany od przed adopcją kieł, pod którym tworzyła się już przetoka do jamy nosowej - interwencja była więc ze wszech miar słuszna i w porę.
Na leczenie wydałam zaś sumę prawie czterocyfrową, co osobiście traktuję jako naturalny element mania psów, ale dedykuję ten fakt głosicielom tezy cytowanej kilka akapitów wyżej =).

Wyjazd do Cieszyna

Wyrwałyśmy się do Cieszyna między Gwiazdką a Sylwestrem i przyznam, że był to pomysł genialny. Starsze psy miały wakacje u moich rodziców, co daje szczęście wszystkim zaangażowanym stronom, my zaś i Bliźniaczki miałyśmy kilka dni niczym nieograniczonego chodzenia na długie spacery w nowym terenie i wylegiwania się na nieswoich kanapach. Bardzo nam wszystkim przydał się taki malutki reset, sukom również jako rozrywka przed Sylwestrem.
Więcej zdjęć można zobaczyć na fanpage'u, ale tutaj malutka zajawka:


Sylwester

Nawet z czysto ludzkiego punktu widzenia nie jestem fanką tej imprezy - doroczny przymus bawienia się najlepiej ze wszystkich sześciuset pięćdziesięciu znajomych na fejsbuku bojkotuję już od jakiegoś czasu. Odkąd zaś okazało się, że Fenka, delikatnie mówiąc, nie jest fanką wystrzałów, staramy się spędzać końcówkę roku gdzieś w dziczy.
W tym roku się to nie udało, dlatego Nowy Rok witałyśmy z domu, wyposażone w Bojowy Zestaw Przetrwania Fajerwerków. Składał się na niego hydroksyzyna, podawana Fence i Lunie już od 29 grudnia, zasłonięte prześcieradłem (z braku rolet w salonie) okna, zamrożone kongi serwowane o 23:45 oraz puszczana głośno i nieprzerwanie playlista, na której brylowały głównie Adele, Lady Gaga i Beth Hart - wszystko z dodatkiem w postaci dobrego serca i głosu koleżanki, która w kryzysowych momentach śpiewała własną paszczą, żeby zagłuszyć kanonadę na dworze. Miks ten sprawdził się bardzo dobrze, Luna spokojnie wychodziła się wysikać, Fenka reagowała tylko na naprawdę głośne strzały i nawet wtedy dawała przekierować swoją uwagę na zabawę szarpakiem. Mimo to w przyszłym roku planuję wrócić w głuszę, bo Warszawa na przełomie roku to jakiś koszmar.

Cała reszta

Jak pisałam na początku tego wpisu (a było to chwilę temu ;)), grudzień miał dla mnie ogromną wartość, że pozwolił mi się pozbierać.
Mam spokój, że psy są zdrowotnie ogarnięte i zadbane. W dodatku skończył się okres coraz krótszych dni, jesień już się przetoczyła, będzie tylko lepiej. Mówi to nawet endomondo, które po załamaniu w październiku i listopadzie odnotowało w grudniu podobne wyniki, jak w czerwcu. Tutaj wypada chyba przyznać się, że plan przejścia 1000 km w rok z hukiem padł na pysk. Mam jednak wnioski, mam nowe siły...
Styczniu, nadchodzimy!

czwartek, 1 grudnia 2016

Podsumowanie listopada

Najlepsze w listopadzie jest chyba to, że udało mi się napisać jego podsumowanie.

Obikowo i sportowo

Odrobinę przesadzam: bardzo jasnym punktem listopada były też organizowane przez Team Spirit zawody (relacja w poprzednim poście).

Jednak ten listopad (obawiam się, że podobnie do poprzednich) był oficjalnie Najgorszym Psim Miesiącem Roku. Endomondo mówi o totalnym zaniedbaniu tematu spacerowego, zeszyt treningowy  o nieodbytych treningach, pustka na blogu o braku weny, żeby cokolwiek stworzyć.
Trochę mogłaby mnie tłumaczyć nowa, ludzka rzecz, w którą się zaangażowałam i która zajęła mi cały długi weekend, trochę pracą i stresem i kłopotami ze zdrowiem, ale głównie wiem, że to niemądre wymówki, a treningi i spacery to coś, co doskonale robi także mi. Planuję więc radykalną poprawę w grudniu.

Zdrowotnie

Wyciąg z konta bankowego mówi o wizytach u weterynarzy.
Karolek cierpiał na bolioczko i dobitnie pokazał, że okropnie nie pracowałam z nim nad zachowaniem w gabinecie. Tyle chociaż dobrego, że oczko prawie już wyleczone, a w domu sprawnie doszliśmy do porozumienia w temacie obowiązku przyjmowania maści godnie i z honorem. Swoją drogą, fascynujące jest to, że kropelek nie da się wciąż Grubemu podać, bo, skubany, jakimś cudem wie, że kropelka leci i targa łbem idealnie w momencie, kiedy człowiek już nic nie może zrobić.
Fenka zaś musiała odwiedzić doktora Pawła w celu powtórzenia szczepień, a przy okazji poprosiłam go o przeprowadzenie śledztwa w temacie tajemniczych plam siuśków, które pojawiały się nocami w salonie. Mamy diagnozę: hormonalne nietrzymanie moczu, skutek uboczny sterylizacji. Oznacza to miesiąc poważnej dawki Incurinu, potem balansowanie owej dawki i tak prawdopodobnie już na zawsze. Poza faktem, że dumna byłam z zachowania Fenki w poczekalni i w gabinecie, historia z nietrzymaniem moczu inspiruje mnie do rychłego napisania posta o sterylizacji, więc miejcie oczyska otwarte.
Dodatkowo doktor Paweł obiecał nam załatwienie leków na Sylwestra. Pierwszy raz zrobimy coś takiego, więc i o tym zapewne napiszę.

Tak wyglądał nasz listopad. A Wasz?

sobota, 5 listopada 2016

Kwalifikacje do Mistrzostw Świata Obedience 2017, Warszawa, 5.11.2016

Mam do Was prośbę na sam początek: wyszukajcie post o zawodach w Sopocie (tag "zawody" nieźle pomaga, albo ewentualnie kliknięcie tutaj, dla leniwych). Przeczytajcie. Poczujcie nastrój tego, że można mieć super punkty (prawie-prawie ocenę doskonałą), ale przebieg okropny. I teraz czytajcie dalej.

Dzisiaj (tak, wiem, chyba najszybszy wpis ever) odbyła się połowa Kwalifikacji do MŚ Obedience 2017 w Warszawie - czyli, bardziej po ludzku, zawody obi organizowane przez mój piękny i dobry klub, Team Spirit Obedience. Idealne warunki, znany teren, znana komisarz (Jagna kurczę Nowotarska, nasza osobista niemal trenerka!), zagraniczny sędzia - Gonzalo Figueroa Couñago. Miodzio. A jak było? Cóż...

Przed

Cofając się do poprzedniego wpisu, podsumowania października, można się łatwo dowiedzieć, że miesiąc poprzedzający zawody nie był łaskawy dla mojej pracy z psem (zabawne, miesiące wakacyjne przed Sopotem też nie były...). W ostatnich dniach przed zawodami ratowałam kwadrat, który uprzejmy był posypać się całkowicie - i sklejony był na kit i sznurek, bo w kilka dni, wiadomo, poważnie niczego się nie naprawi. Zmagałam się też ze stawaniem zamiast kicania i zrywaniem czekania na przywołanie.
Jakoś tak jednak wyszło, że może właśni świadomość niedociągnięć dała mi sporo luzu i mocne postanowienie, że to ma być po prostu dobry start, z psem wesołym i przy mnie. Żartowałam trochę o tym, że wizualizuję sobie wynik w okolicy 300 punktów, bo Fenka jeśli robi ćwiczenia, to robi je świetnie. Nastroje dopisywały.
Wyciągnęłam Rudą z auta na pół godziny przed startem, trochę pochodziłyśmy i dużo ćwiczyłyśmy, żeby spuścić z niej parę i włączyć rudy mózg. Na ring ruszyłyśmy dziarsko, szczególnie, że Fenka nagrzana była na pracę i nie odrywała ode mnie wzroku.

Start

Zmiany pozycji: zaczęłam od głupoty, bo po "ćwiczenie rozpoczyna się" padło hasło "komenda", a ja zgłupiałam, powiedziałam "czekaj" i zaczęłam odchodzić od psa. Oczywiście chodziło o komendę na warowanie, bo z leżenia zaczyna się zmiany. Cofnęłam się, poprawiłam psa, odeszłam, zmiany były lekko tuptane, ale ok. Zmartwiło mnie jedno: Fenka non stop jojczała.
Przywołanie: na dochodzeniu do pachołka Fenek lekko odleciał, ale trwało to chwilę. Dostawienie, komenda "pac", Ruda paca, nagle siada, znowu "pac", znowu paca, "czekaj", odchodzę, odwracam się, leży, ufff. Przywołuję, leci, widownia się śmieje (standard), Jagna parska, sędzia się uśmiecha. Dynamiczne dostawienie. Elegancko. I na moment przestała jojczeć!
Kwadrat: lekko nerwowo, bo mogło nie wyjść. A jednak: wysłanie, wpadła w kwadrat, "pac" (może jakoś przed kwadratem to powiedziałam), Fenkę lekko zniosło w lewo, ale pacnęła. Grzecznie wyleżała moje podejście i kicnęła przy nodze pięknie. Po pochwale zaczęła jojczeć, weszła niemal w scream.
Stój w marszu: znowu ja niepewna, ale Fenka pewna. Równanie super, stój piękne, wystane, doszłam, usiadła. Łaaadnie! Ale chyba jojczała.
Aport: Klasycznie dość na początku. Rzuciłam, wysłałam potwora, potwór poleeeciał w podskokach, złapał, wraca... i widać było, że emocjonalnie już nie może, bo zaczęła zbaczać na ewidentną rundkę honorową z aportem w japie (podrzucała nim przy tym nieomal). Dodałam "noga", potwór się opamiętał. Mieliła aport, ale oddała ładnie. No i z pełną paszczą nie dała rady jojczeć.
Siad w marszu: bardzo pięknie wszystko, poza tym, że nie usiadła, a stanęła. W związku z tym (i miną, którą podobno zrobiłam, kiedy się odwróciłam), Fenka poczuła ogromną potrzebę dostawiania się do mnie, kiedy tylko wróciłam. Tutaj wiedziałam od razu, będzie 0.
Przeszkoda: została, skoczyła, dostawiła się. Nihil novi. W locie, jestem prawie pewna, jojczała. No i przy szykowaniu się do kolejnego ćwiczenia zaczęła odpadać, węszyła trochę, rozglądała się. Wyraźnie styki w mózgu się grzały.
Omijanie: omijajka była postawiona pod kątem, tak, że wiele psów nie dawało rady jej zlokalizować. Fenka zlokalizowała ją bezbłędnie, poleciała jak strzała, ominęła nawet ciasno, zgubiła się jednak przy powrocie, bo stałam za blisko znacznika i musiałam ją dowołać do nogi, bo poszła niemal prosić o pomoc Jagnę.
Chodzenie: poza jednym zagubieniem na "wtyłzwrocie", śliczne moim zdaniem. Była skupiona, była radosna, była równo przy mojej lewej nodze. Takie chodzenia lubię!
Tu nastąpiła przerwa i o tym, jak się w niej czułam, piszę w następnym akapicie.
Zostawanie: Pierwszy raz zostawanie było po przebiegu. Dla mnie to nowe i dziwne, bo zostawanie to nasz pewniak, więc po przebiegu odpuścił stres i prawie o zostawaniu zapomniałam. Szłyśmy na pewniaka, pies rozćwiczony, ja luźna, co mogło się nie udać? No, zostawanie się nie udało. Fenka siedziała pięknie, wstała, postała, usiadła. Bez żadnego powodu z zewnątrz i żadnego widocznego po niej. Kosmos.

Wrażenia po starcie

Przyznam, że z ringu (po przebiegu, przed zostawaniem) zeszłam w euforii. Tak, Fenka strasznie dużo jojczała i z ekscytacji cięła detale, ale ej!
Była ze mną cały (prawie) start!
Była najarana na pracę!
Była w kontakcie!
Kiedy robiło jej się ciężko, dawałam radę ją ogarnąć naprawdę sprawnie!
Widać było, że chce pracować i się ogromnie stara!
Myślałam o wcześniejszych startach i ten podobny był tylko do tego z treningowych Elmo (drugich, bo pierwsze były porażką): nie musiałam wreszcie walczyć o uwagę psa, bo ją miałam. Wreszcie miałam, czułam to, psa ZAANGAŻOWANEGO w pracę, a nie tylko zmotywowanego i gasnącego, kiedy znika perspektywa szybkiej nagrody i pojawiają się moje trudniejsze emocje! (tutaj kojarzy mi się fajny wpis Magdy Łęczyckiej, ale to pobocznie).
Naprawdę, dla mnie był to rekordowy, przełomowy, wspaniały start. Byłam w pełni świadoma niedociągnięć, wiedziałam, że było głośno, ale to były sprawy mało ważne, bo wykonanie ćwiczeń zawsze można poprawić, a zaangażowanie - rzecz bezcenna!

Wyniki

Już po zostawaniu przeżyłam pierwszy szok: że za zostawanie było 0 punktów, to jasne, ale drugie 0 zarobiłyśmy za wrażenie ogólne. Trochę mnie wcięło...
Wkrótce potem nastąpiła dekoracja. Lokata 14 na 17 zespołów, no, niepowalający wynik. Ale spojrzenie na kartę oceny dało efekt porównywalny do oberwania młotem w łeb. 158 punktów. Sto. Pięćdziesiąt. Osiem. Na możliwe 320. Nawet nie połowa. Ocena to oczywiście "brak oceny". Auuuu, naprawdę mnie to zabolało (w dumę i miłość własną, nie, że poczułam niesprawiedliwość, bo nie poczułam).
Punktacja wyglądała tak:
Pozycje 7, w komentarzach podwójne komendy, język ciała i jojczenie.
Przywołanie 5,5, podwójna komenda, język ciała i "jump", czyli chyba skok przy dostawieniu się.
Kwadrat 7, "banan w kwadracie" i utrata tempa.
Stój w marszu 8, komenda optyczna na zatrzymanie.
Aport 5, podgryzanie.
Siad w marszu oczywiście 0.
Przeszkoda 7,5, bez komentarza.
Obieganie 5, bez komentarza.
Chodzenie 6, podwójne komendy i "nie prosto"*.

Wnioski i inne takie

Widzicie, jakim pięknym sportem jest obedience? Można mieć paskudny, żenujący start i otrzeć się o ocenę doskonałą. Można mieć start, po którym pęka się z dumy, i dostać punktację tak straszną, że aż boli.
Żeby było jasne: nie podważam oceny sędziego. Jak pisałam dwa razy już, ten start był wspaniały i przełomowy dla mnie i dla Fenki, ale był daleki od ideału. Gonzalo oceniał bardzo surowo (w klasie 2 były tylko 2 oceny doskonałe, w jedynkach - 3), ale miał do tego pełne prawo.
Ja pozostaję dumna i, kiedy minął lekki szok po ocenie, także szczęśliwa.
Mamy zaangażowanie.
Mamy współpracę.
Mamy team i Team Spirit.
Mamy niepowtarzalny i niepodrabialny wyraz wspólnej pracy.
Resztę dopracujemy.

A na deser...

Filmik. Bo jestem dumna (wspominałam?).




*jako że komentarze są po angielsku, ten akurat brzmi "no straight", przez co całkiem, patrząc na moją, hm, sytuację domową, mnie bawi =).

wtorek, 1 listopada 2016

Podsumowanie października

Tak, proszę Państwa, to się dzieje! Postanowiłam wprowadzić nieco systematyczności w mój blogowy chaos i pisać chociaż jedną notkę miesięcznie jako podsumowanie. Zapraszam więc na świeżutkie, cieplutkie, pachnące podsumowanie października AD 2016!

Najkrócej mówiąc, październik nie rozpieszczał mnie, a ja nie rozpieszczałam psów.

Wyjazdowo

Zaczęło się wypadem do Irlandii, podczas którego odkryłam, że podstawowym psem w tym pięknym kraju, przynajmniej tam gdzie byłam, jest border collie lub coś doń podobnego. Widziałam nawet jednego borderołaka idącego u boku zaopatrzonego w długi kij pana wzdłuż drogi, która prowadziła poprzez malownicze nic pełne pastwisk - zakładam więc, że border ów szedł robić to, do czego został stworzony. Ten czas jednak ekipa Fenek, Karolek i Luna spędzili u moich rodziców, a Spacka w domu z koleżankami.

Chorobowo

Potem nadszedł czas Wielkiego Gluta, czyli prawie dwa tygodnie, podczas których, cyklicznie, czułam się źle, siedziałam w domu, czułam się lepiej, szłam do pracy, wracałam wykończona, czułam się źle i tak w kółko; pewnie część z Was zna ten schemat. Było to wspaniałe o tyle, że przekonałam się, że nasze psy, nawet mocno "zaniedbywane" (no bo przecież tydzień bez dłuższego spaceru to sprawa dla TOZu), są w domu mega wyluzowane i naprawdę zajmują się spaniem.

Sportowo

No tak, gdy człowiek umiera na gluta, treningi nagle stają się trudne. Żeby jednak nie zaniedbać Feneczka ta całkiem, poświęcałyśmy michę z kolacją na rzeźbienie detali.
Na pierwszy ogień poszły patyczki, z myślą, że do dwójek na daleko jeszcze, ale to ćwiczenie super robi się w domu. Zaczęło się od wielkiego załamania, kiedy to chciałam przerzucić się na flyball, bo Ruda w żaden sposób nie rozumiała, że ma szukać nosem. Załamanie wielkie było i straszliwe, potrwało dwa dni, po czym zmieniłam metodę i Fenka w jedną sesję zaczęła pięknie węszyć. Ot, tollerek mój wspaniały. W tej chwili patyczki mamy nawet-nawet, choć na dworze są jeszcze niepewne, ale mamy też bardzo dużo czasu.
Drugą rzeczą były zmiany pozycji, podejście milionowe. Znowu opłaciło się zmienić metodę i cofnąć się o kilka kroków, wprowadzając ćwiczenie na kocyku, żeby ograniczyć obszar miotania się Rudego Pieska. Skutki mamy dwojakie: bardzo ładne zmiany w pełnym schemacie i dowolnej konfiguracji stój-leż-siad, z tuptaniem lekkim wprawdzie, ale satysfakcjonujące; oraz... częste mylenie "kic", czyli siadu ze waruja, z "op", czyli stania z waruja. Perspektywa na zawody wręcz zachwycająca.
Rzutem na taśmę, w ostatnio weekend października wbiłyśmy się na overtraining i sesje szkoleniowe na kurs instruktorski. Przemiłe to było doświadczenie: na overach Fenka była wprawdzie dość mocno podekscytowana, ale to chyba jednak jej stały wyraz pracy, z którym czas się pogodzić; była też, co najważniejsze, w pełni kontrolowalna, skupiona mimo emocji, no, wspaniała! Widać było, że zostawanie i zmiany pozycji bardzo blisko innych psów wiele ją kosztują, ale też nauczyłyśmy się pięknie przepracowywać takie trudne sytuacje. Deszcz i wiatr także nie zniechęciły Rudziołka do pracy, a rady, otrzymane podczas sesji szkoleniowej, mają szansę naprawdę nam się przydać. No i przede wszystkim cudowne jest takie poczucie zaufania, spokoju, kiedy czuć, że sucz chce współpracować i że będzie się bardzo starać, i że wystarczy pomóc i być z nią, żeby było naprawdę dobrze.
Oto fotki:
Fenek z przodu, Spacek z Do w tle.

Fenek dumny i szczęśliwy (albo nieco w emocjach. Sami oceńcie.)

Spacerowo
Ze względu na opisane wcześniej względy, pod kątem spacerów październik był fatalny, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę i długość spacerów. Zrobiłam jednak coś, co mnie cieszy: pokonałam wątpliwości, przyzwyczajenie i lenistwo i zamiast smyczy zaczęłam używać długiej linki. Nie pamiętam, czy pisałam, ale Fenka jakiś czas temu straciła reputację "psa o idealnym przywołaniu", poza tym chadzamy w miejsca, gdzie nie jest całkowicie bezpiecznie puszczać luzem psa, który nie dość, że bojdudek, to lubi czasem pogonić za ptaszyskami. I wiem, że niepożądane zachowania się przepracowuje, ale na razie linka treningowa daje nam obu mnóstwo spokoju i luzu, którego ani na smyczy, ani bez niej nie udało się osiągnąć: Ruda więcej węszy, ma więcej luzu w sposobie poruszania się i nawet na okoliczne psy reaguje znacznie spokojniej, ja natomiast wiem, że dowcipnie odpalona petarda nie pośle mi psa pod przejeżdżające auto. No i Fenka, korzystając z linkowej wolności, zaliczyła ostatnią (mam nadzieję) kąpiel sezonu.

Na listopad planujemy warszawskie zawody, więcej chodzenia, treningi może już na hali i więcej, więcej wpisów. 
Do zobaczenia!

sobota, 3 września 2016

Przebiegi Treningowe o Puchar Elmo, Warszawa, 28.08.2016

Ach, co to była za wspaniała impreza!

Właściwie ta edycja Elmo miała same zalety. Największą był nasz start, ale o tym zaraz. Olbrzymią zaletą było świetne towarzystwo, sporo osób z klubu (Do ze Spacką, Magda z Balbiną oraz Agnieszka z Zuri i z Jive'em w klasie 0, Ania z Choice'm, Ania z Zeti i Michalina z Grandysem w klasie 1), sporo spoza z klubu, takich, które naprawdę miło zobaczyć, super osoba pokazująca punkty (Ula Charytonik), super osoby mówiące, co robić na ringu (Klaudia Szymańska i Monika Krella). Niezawodna, ogromnie przyjemna (poza jednym incydentem z osobą śmiertelnie oburzoną, że ktoś śmiał prowadzić rozgrzewkę w zasięgu wzroku jej startującego psa) elmowa atmosfera dodawała luzu i frajdy. Baseny pełne wody kolejny raz ratowały życia.
Nie da się też nie wspomnieć o wielkim sukcesie Do i Spacji, które nie dość, że zgarnęły doskonałą, to jeszcze otrzymały nagrodę za najlepszy aport, a wszystko to w ramach przebiegu z jedną tylko nagrodą! Brawo, dziewczyny!
Jedyną wadą, drobną niemal, był porażający upał. Ale i tutaj należą się brawa osobom organizującym przebiegi za to, że zapytały zawodniczki z klasy 1 o pozwolenia na zmianę osoby, mówiącej, co robić (na miejsce usmażonej nieco Klaudii weszła Monika i, pozwolę sobie dodać, wspaniale poradziła sobie z zadaniem przeprowadzenia przez ring całej "jedynki"),

A co  z naszym przebiegiem?
Po Sopocie miałam bardzo konkretne założenia: wzmacniam chodzenie przy nodze, szczególnie na prostych; nagradzam wyleżenie przy przywołaniu; a przede wszystkim dbam o dobre emocje i radość. Do tego ostatniego miały służyć pochowane w ciuchach szarpaki-zwierzaki, i tutaj dziękuję Ani Choice'owej za pomoc w schowaniu koali pod koszulką na plecach (miałam też wiewióra w kieszeni i szopa w nogawce, co a jakiegoś powodu wywoływało dziką wesołość osób wokół).
Zostawanie: zaczęło się od trzęsienia ziemi. W drodze na ring wyprzedziła nas Do z białą chustą zarzuconą na głowę i ramiona. Fenka na te widok dostała absolutnego szału ekscytacyjnego (do tej pory nie wiem, czy uznała chustę za najlepszą zabawkę na świecie, czy za potwora, który zaraz pożre mamę) i zaczęła się szarpać oraz jazgotać. Z niemałym trudem i w sporym stresie jakoś ją opanowałam, ale przez ten incydent samo ćwiczenie minęło mi raczej nerwowo. Na szczęście Do sprytnie się schowała i zostawanie upłynęło Rudej na siedzeniu i zawąchiwaniu się z głową wysoko, przez co wyglądała nawet dumnie. 10, elegancko.
Potem tradycyjnie przerwa na stres. Chyba jednak "zwierzęta poupychane w majtkach" i wyraźny plan pomogły mi na samopoczucie, bo na ringu przygotowawczym było nam super, a po zakomunikowaniu planów Monice weszłyśmy na ring skupione i w dobrym humorze.
Chodzenie przy nodze: ależ to była poezja! Fenka wreszcie pokazała, co umie, bo szła jak na treningu: łebek wysoko, zaciesz na ryjku i konsekwentna pozycja tuż obok nogi, Odpadła trochę, ale tylko trochę, przy szybkim tempie i brzydko przy krokach w tył, ale zupełnie nie o to chodziło - ważne, że wyraz był taki, o jakim zawsze marzyłam! 7 pkt. za modyfikowanie, a w opisie zarówno pochwala za ładny kontakt, jak i uwaga, że Ruda trochę go traci.
Stój w marszu: głupia jestem, nie ufam Fence. Po traumie Sopotu rzuciłam okiem za siebie, czy Paszczak wykonał komendę, Wykonał, ale straciłam pół punktu za patrzenie. 9,5. A jakie chodzenie przy nodze w tym ćwiczeniu było ładne!
Przywołanie: idealnie zgodne z planem. Ustawiamy się, "pac", Fenka łaskawie się położyła (jej powolność została odnotowana w opisie), odeszłam kilka kroków, wróciłam, nagrodziłam leżenie, odeszłam na pełen dystans, przywołałam. I daję słowo, Fenek startując wzbił niewielką chmurkę kurzu - a cały jej styl wywołał chichoty na ringu i wśród publiczności. A ja byłam coraz bardziej zachwycona. 7,5 pkt., bo modyfikacja.
Siad w marszu: idealnie, radosne równanie, szybki siad. A pomyśleć, że miała z tym problemy! 10.
Kwadrat: Po przepięknym, radosnym przejściu (mniej więcej w tamtej chwili podjęłam decyzję o absolutnym nienagradzaniu ukrytymi zwierzętami, a raczej o wyciszaniu jedzeniem) i super dostawieniu wysłałam, poleciała i... postanowiła raczej obiec pachołek z rogu kwadratu niż trafić w środek, a ja nie zatrzymałam jej w porę. Trochę szkoda, bo sam lot w stronę kwadratu znów wywołał entuzjazm widowni, ale trochę się nie dziwię, bo Fenka ostatnio miała tendencję do takiego zachowania, a my pracowałyśmy nad czymś innym. 0, ale ładne, radosne zero.
Aport: 101% Fenki w Fence. Wystrzeliła do aportu jak z procy (śmiechy widowni), złapała, wróciła (śmiechy, opis: "super tempo, łuk przy powrocie"), dostawiła się, uprzejmie nie pluła, za to mieliła jak dzika. 8 pkt. i najlepsze, zrobione przez wspaniałą Monikę, zdjęcie, które wrzucam na koniec.
Pozycje: bardzo spoko, dynamiczne w kicach, średnie w pacach. I strata pół punktu za głupie machanie ręką podczas "kic" przy nodze, bo nie wolno. 9,5.
Przeszkoda: perfekcyjna i bardzo śmieszna. 10.
Omijanie: tym razem ustawiacze ringu się zlitowali i pachołka nie dało się pomylić z niczym innym. Dostałyśmy 9,5 pkt. z opisem "duży łuk" i nie da się ukryć, łuk przy powrocie był nieładnie duży.
Wrażenie ogólne: 10 pkt., ale najlepiej wszystko podsumowuje opis: "Super wyraz psa (radosny)".
Sumarycznie 261 pkt., doskonała, lokata 7/9.

Dla mnie właśnie to podsumowanie wrażenia ogólnego jest najcenniejsze w całym elmowym doświadczeniu. Wreszcie Fenka w pełni pokazała, jakim jest obipieskiem, jaką mamy razem frajdę z pracy, jak potrafi się cieszyć, kiedy nie myśli o tym, że jej na pewno nie kocham.
Po tych przebiegach, mam bardzo prosty plan: szlifować detale, ale trzymać tę radość i ten wyraz już zawsze i za wszelką cenę.

A to Fenek z aportem i pękająca za śmiechu ekipa z ringu:


środa, 24 sierpnia 2016

Zawody PP Obedience, Sopot, 20.08.2016 - czyli liczby to nie wszystko

Plan wakacyjny był taki, że najpierw pojadę na obóz obedience Team Spirit, tam nabiorę werwy i uporządkuję wiedzę, a potem systematyczną pracą przygotuję się do sopockiego startu. Prawie się udało.
Po spokojnych, wyluzowanych wakacjach (znacznie bardziej wyluzowanych, niż być powinny, patrząc na zbliżający się start) Fenka stanęła na placu i oświadczyła, że nie wie, co to obi, co znaczy równaj, siad, noga; czego w ogóle chcę od niej i że ona się nie ruszy. Był to najgorszy trening, nie przesadzam chyba, od lat; wróciły demony pozornie zamordowane na obozie obi. A był 10 sierpnia.
Na szczęście szybko udało się - dzięki, Jagna! - opracować plan naprawczy. Wdrażałam go, nawet z sukcesami, do 15 sierpnia, kiedy to posłuszeństwa odmówiły moje plecy, wycinając mnie z treningów, ba, nawet z dłuższych spacerów.
Do Sopotu jechałyśmy więc mocno niedotrenowane, a moją jedyną ambicją było utrzymywać z Fenką kontakt przez cały przebieg i pilnować emocji, żeby bawić się dobrze mimo wszystko. Na punkty nie liczyłam ani trochę.

Hipodrom w Sopocie, na który po szybkiej i sprawnej podróży zajechałyśmy (Monika z Janą, najlepsza pozarodzinna towarzyszka podróży, której nie wiem, jak dziękować za ten dzień; i ja z Rudzikiem) przed 11, powitał nas upałem z rzadkimi, ale bardzo przyjemnymi powiewami wiatru. Powitała nas też Dominika od Gambita (http://piesdokwadratu.pl/) - pozdrawiam Was serdecznie! Rozstawiłyśmy namiot, mając przed sobą jakieś półtorej godziny oczekiwania na start... i się zaczęło.
Nagle z sielanki, niczym przez króliczą norę, przeniosłyśmy się w krainę absurdu.
Nagle zorientowałam się, że na ringu obok namiotu rozkładają kwadrat, zapytałam, która klasa się szykuje, i okazało się, że 2 - podczas gdy o 11:00 miało już dawno być po dwójce i już mocno w trakcie zerówki.
Nagle poproszono nas o przeniesienie namiotu. Wyjaśnienie było takie, że rok temu ktoś skarżył się, że namioty, widownia i taśmy wokół ringu rozpraszają psa (sic!) i organizatorzy nie chcą kolejnej skargi.
Nagle ustała wszelka nagłość, dwójka ciągnęła się niemiłosiernie, potem nastąpiła długa przerwa i dekoracja trójek, które skończyły się już dawno; potem starty zerówek. Jak sen jaki złoty mignęła i znikła 12:20, planowana godzina odprawy klasy pierwszej. Robiło się coraz cieplej, coraz duszniej i coraz jaśniejsze było, że nieprędko opuścimy hipodrom.
Z braku lepszych zajęć przyglądałam się zerówkowym startom i szybko zorientowałam się, że sędzina, Katarzyna Drobik, ma dość luźne podejście do regulaminu: na przykład pies, który na zakręcie chodzenia przy nodze odkicał od przewodniczki na kilka metrów, dostał a to ćwiczenie 7 punktów. Przy okazji zebrałam (pozdrawiam Alę i Alka Trotylowych oraz Kalinę i Marcina Smokowych) ochrzan, że nasze rozmowy przeszkadzają w sędziowaniu.
A kiedy wreszcie nadeszła upragniona pora odprawy klasy pierwszej (po przerwie obiadowej, więc ok. 15:30, jak mi się zdaje, więc z drobnymi trzema godzinami opóźnienia), okazało się, że nasz komisarz jest wprawdzie wielce wyluzowany, ale regulaminu właściwie nie zna, na przebieg ćwiczeń pomysły ma lub nie, ale za to co krok sadzi żarcikami. Zrzutka koziołków od osób startujących, spowodowana faktem, że zaproponowano nam aporty nieregulaminowe, wzmocniła wrażenie utknięcia w Krainie Czarów.

W końcu nastąpiła pora startu. I było tak:
Zostawanie - 9. Sędzia powiedziała "bo bardzo kręciła głową" i muszę sędzi przyznać rację.
Chodzenie przy nodze - powód, dla którego filmik z tego przebiegu widziały Monika i Do, a zobaczą tylko Magda i Jagna. Dramat, tragedia, równe i smutne dreptanie pół metra za mną ze wzrokiem wbitym w ziemię. Na filmiku widziałam ze dwa momenty, za które dałabym sobie okrągłe 0. A jednak 6,5.
Stój w marszu - dałam mocną pomoc ciałem, w ogóle szłam jak paralityczka, ale po dramatyczny, chodzeniu chciałam maksymalnie pomóc Fence. Udało się. 10.
Siad w marszu - wprawdzie na odprawie zapowiadano, że pomiędzy pozycjami z marszu będzie przywołanie, ale w praktyce... cóż, nie było. Fena wolno ruszyła, wolno siadła, było brzydko, ale było. 7.
Przywołanie - smutny klasyk. "Czekaj", odchodzę, a sędzina mówi "idzie". No i szła. Na filmiku widać, ze leżała, rozejrzała się i ze sporą blazą ruszyła. Nic, tylko udusić...
Kwadrat - nagle pies ożył. Odległość, która na odprawie wydała mi się kosmiczna, dla niej była wręcz śmieszna. Prosta dzida, mało ją zniosło w lewo, szybkie warowanie, 10.
Aport - super, super, fajnie, po czym wypluła go obok mnie. Na szczęście nie musiałam się ruszać do podniesienia, więc 7. Nawet nie mam żalu, w tym upale trzymanie koziołka musiało być koszmarem.
Pozycje - dupka nieruchoma elegancko, przednie łapki smutno drepczące. Mi się nie podobało, ale sędzi tak - 9,5.
Przeszkoda - znowu Rudy Piesek złapał power, szkoda, że nieco się we mnie wbiła. 9,5.
Omijanie - no, tutaj uważam, że należało nam się 11 punktów i nagroda specjalna. Otóż Ruda niby spojrzała na obiegajkę (prowizorkę złożoną z kilku stojących na sobie pachołków), ale potem jakoś skrzywiła głowę. Nie potraktowałam tego poważnie, wysłałam na obieganie, a ona ruszyła do stojącej na dalekim końcu placu przeszkody. Pamiętając, że mam psu pomagać, powtórzyłam "omiń", a mały skubaniec zawrócił (a przyznam, że z szoku dłuższą chwilę patrzyłam na jej wyczyny i wracała ze sporej odległości), ominął pachołek i dostawił się do nogi. 8 i, co mnie zszokowało, takie zachowanie nie jest wymienione w regulaminie jako zerujące ćwiczenie!
Wrażenie ogólne - 8.5. Sędzia przytomnie zauważyła, że chodzenie i przejścia leżą, ale trudne ćwiczenia idą ładnie.
Na do widzenia - na szczęście już po ocenie i omówieniu -  Fena, która od początku rzucała tęskne spojrzenia w stronę namiotu Carnilove, ewakuowała się z ringu nieco szybciej, niż ja i lekko głuchnąc na moje przywołanie. Na szczęście udało mi się ją zgarnąć, zanim zjadła całe stoisko, ale i tak zejście z ringu było nieco na tarczy.
W sumie dostałyśmy 246,5 pkt., ocenę bardzo dobrą i 4 lokatę na 7 psów.

Tutaj mogłabym skończyć, ale ciśnie mi się na klawiaturę pewna refleksja.
Jest o tym, jak trudne jest obi, jak wrednie - mimo wszystko - niemierzalne. Potwornie dużo zależy od osoby sędziującej, to raz. Od rzeczy zupełnie od nas niezależnych, jak pogoda i humor organizatorów, to dwa.
Ale też o tym, jak punkty jednak nic nie mówią o tym, jak start wyglądał - bo Fenka 1/3 startu snuła się, zrywała kontakt, prezentowała najbrzydsze przejścia w historii, a jednak tylko głupiego wyleżenia przed przywołaniem zabrakło nam do podium (250 pkt. dałoby nam trzecią lokatę) i do oceny doskonałej (wszak przywołanie ma mnożnik x 3, a do doskonałej brakło nam 9,5 pkt.).
Tylko trochę głupio byłoby mi chwalić się wynikiem, ale ukrywać przed światem filmik.

A przed nami Elmo, już w tę niedzielę. W życiu nie miałam tak jasnego planu na zawody - dobra zabawa, wzmocnienie tego, co wychodzi, a za chodzenie i wyleżenie będę nagradzać jak szalona. No i dzięki nieustanne Jagnie, która na moje załamanie po popsutym chodzeniu zaprezentowała mi metodę, która nie dość, że śmieszna, to jeszcze działa.
Metoda nazywa się "napchaj majtki martwymi zwierzętami i szmatkami" i bardzo mnie to bawi.