wtorek, 1 listopada 2016

Podsumowanie października

Tak, proszę Państwa, to się dzieje! Postanowiłam wprowadzić nieco systematyczności w mój blogowy chaos i pisać chociaż jedną notkę miesięcznie jako podsumowanie. Zapraszam więc na świeżutkie, cieplutkie, pachnące podsumowanie października AD 2016!

Najkrócej mówiąc, październik nie rozpieszczał mnie, a ja nie rozpieszczałam psów.

Wyjazdowo

Zaczęło się wypadem do Irlandii, podczas którego odkryłam, że podstawowym psem w tym pięknym kraju, przynajmniej tam gdzie byłam, jest border collie lub coś doń podobnego. Widziałam nawet jednego borderołaka idącego u boku zaopatrzonego w długi kij pana wzdłuż drogi, która prowadziła poprzez malownicze nic pełne pastwisk - zakładam więc, że border ów szedł robić to, do czego został stworzony. Ten czas jednak ekipa Fenek, Karolek i Luna spędzili u moich rodziców, a Spacka w domu z koleżankami.

Chorobowo

Potem nadszedł czas Wielkiego Gluta, czyli prawie dwa tygodnie, podczas których, cyklicznie, czułam się źle, siedziałam w domu, czułam się lepiej, szłam do pracy, wracałam wykończona, czułam się źle i tak w kółko; pewnie część z Was zna ten schemat. Było to wspaniałe o tyle, że przekonałam się, że nasze psy, nawet mocno "zaniedbywane" (no bo przecież tydzień bez dłuższego spaceru to sprawa dla TOZu), są w domu mega wyluzowane i naprawdę zajmują się spaniem.

Sportowo

No tak, gdy człowiek umiera na gluta, treningi nagle stają się trudne. Żeby jednak nie zaniedbać Feneczka ta całkiem, poświęcałyśmy michę z kolacją na rzeźbienie detali.
Na pierwszy ogień poszły patyczki, z myślą, że do dwójek na daleko jeszcze, ale to ćwiczenie super robi się w domu. Zaczęło się od wielkiego załamania, kiedy to chciałam przerzucić się na flyball, bo Ruda w żaden sposób nie rozumiała, że ma szukać nosem. Załamanie wielkie było i straszliwe, potrwało dwa dni, po czym zmieniłam metodę i Fenka w jedną sesję zaczęła pięknie węszyć. Ot, tollerek mój wspaniały. W tej chwili patyczki mamy nawet-nawet, choć na dworze są jeszcze niepewne, ale mamy też bardzo dużo czasu.
Drugą rzeczą były zmiany pozycji, podejście milionowe. Znowu opłaciło się zmienić metodę i cofnąć się o kilka kroków, wprowadzając ćwiczenie na kocyku, żeby ograniczyć obszar miotania się Rudego Pieska. Skutki mamy dwojakie: bardzo ładne zmiany w pełnym schemacie i dowolnej konfiguracji stój-leż-siad, z tuptaniem lekkim wprawdzie, ale satysfakcjonujące; oraz... częste mylenie "kic", czyli siadu ze waruja, z "op", czyli stania z waruja. Perspektywa na zawody wręcz zachwycająca.
Rzutem na taśmę, w ostatnio weekend października wbiłyśmy się na overtraining i sesje szkoleniowe na kurs instruktorski. Przemiłe to było doświadczenie: na overach Fenka była wprawdzie dość mocno podekscytowana, ale to chyba jednak jej stały wyraz pracy, z którym czas się pogodzić; była też, co najważniejsze, w pełni kontrolowalna, skupiona mimo emocji, no, wspaniała! Widać było, że zostawanie i zmiany pozycji bardzo blisko innych psów wiele ją kosztują, ale też nauczyłyśmy się pięknie przepracowywać takie trudne sytuacje. Deszcz i wiatr także nie zniechęciły Rudziołka do pracy, a rady, otrzymane podczas sesji szkoleniowej, mają szansę naprawdę nam się przydać. No i przede wszystkim cudowne jest takie poczucie zaufania, spokoju, kiedy czuć, że sucz chce współpracować i że będzie się bardzo starać, i że wystarczy pomóc i być z nią, żeby było naprawdę dobrze.
Oto fotki:
Fenek z przodu, Spacek z Do w tle.

Fenek dumny i szczęśliwy (albo nieco w emocjach. Sami oceńcie.)

Spacerowo
Ze względu na opisane wcześniej względy, pod kątem spacerów październik był fatalny, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę i długość spacerów. Zrobiłam jednak coś, co mnie cieszy: pokonałam wątpliwości, przyzwyczajenie i lenistwo i zamiast smyczy zaczęłam używać długiej linki. Nie pamiętam, czy pisałam, ale Fenka jakiś czas temu straciła reputację "psa o idealnym przywołaniu", poza tym chadzamy w miejsca, gdzie nie jest całkowicie bezpiecznie puszczać luzem psa, który nie dość, że bojdudek, to lubi czasem pogonić za ptaszyskami. I wiem, że niepożądane zachowania się przepracowuje, ale na razie linka treningowa daje nam obu mnóstwo spokoju i luzu, którego ani na smyczy, ani bez niej nie udało się osiągnąć: Ruda więcej węszy, ma więcej luzu w sposobie poruszania się i nawet na okoliczne psy reaguje znacznie spokojniej, ja natomiast wiem, że dowcipnie odpalona petarda nie pośle mi psa pod przejeżdżające auto. No i Fenka, korzystając z linkowej wolności, zaliczyła ostatnią (mam nadzieję) kąpiel sezonu.

Na listopad planujemy warszawskie zawody, więcej chodzenia, treningi może już na hali i więcej, więcej wpisów. 
Do zobaczenia!

1 komentarz:

  1. Nie no, nie było tak źle! Przyznam się szczerze, że my też całkowicie obijaliśmy się przez październik. Trza to nadrobić w listopadzie :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz!