wtorek, 7 marca 2017

Podsumowanie stycznia i lutego, czyli najgorsza blogerka świata

Widać, że zawodową blogerką raczej nie zostanę, bo pisanie regularnie wydaje się być dla mnie całkowicie nieosiągalnym wyczynem.
Może to też wynikać z faktu, że niewiele się u nas działo - tak, to szokujące, ale można przez 2 miesiące nie zrobić niczego epickiego.
Chronologicznie, było tak:

Chory człowiek

No właśnie. Ja mam niestety traumy z dzieciństwa, polegające na tym, że każde niemal przeziębienie kończyło się zapaleniem oskrzeli albo płuc. Z tego wynika, że o ile mogę, to w chorobie staram się maksymalnie unikać możliwości pogorszenia i biedne psy skazuję na łaskę innych albo wręcz na ćwiczenia w domu. Tak było w te miesiące znacznie częściej, niż bym chciała, bo styczeń wiązał się z tygodniem spędzonym w domu, w łóżku i na antybiotyku. W lutym zasmarkanie nie chciało mnie opuścić przez dłuższy czas. Winę najchętniej zwaliłabym na smog, ale myślę, że istnieje drugi czynnik, o którym zaraz.

Zapracowany człowiek

Przyznaję się, nie bez świadomości popełnienia błędu, że za dużo i za intensywnie pracowałam. Miało to wpływ na moje zdrowie, a także na godziny powrotów do domu i siłę, jaką po powrocie miałam na psy.
Dobra - dla mnie, dla futer, może i dla bloga - wiadomość jest taka, że zmieniłam czas pracy od marca i codziennie wracam do domu o przyzwoitej porze i w stanie dość dobrym, by działać.

Trening na hali

Pod koniec stycznia testowaliśmy krytą, wypasioną halę piłkarską. W skrócie: wow. Szerzej: Fenka zachwyciła mnie faktem, że szukała wzmocnienia w pracy, skupiała się jak tylko umiała mimo trudnych warunków (w pewnej chwili na boisku obok zaczęły latać głośne drony!), ignorowała pięknie blisko biegające czy przechodzące psy... Dopiero zwolniona do odpoczywania zaczynała nerwowo reagować na otoczenie. Fascynujące, że psiak delikatnego psychicznie (ekhem, histeryczny, tak naprawdę) znajduje w pracy coś, czym można zająć głowę i ufa mi na tyle, żeby pracować, zamiast "walczyć" z otoczeniem.
Mam materiały filmowe, kiedyś je obrobię (haha, ile razy pisałam takie rzeczy?) i chętnie opublikuję.

Ferie

Pora roku taka, że internety zostały zalane postami o feriach, planach na ferie, planach "na po feriach" i w tematach pokrewnych. A ja, biedna sierotka (tutaj oczywiście udaję, że nie jestem uprzywilejowana w stosunku do osób pracujących poza edukacją i ferii niemających wcale ;)), miałam ferii tylko tydzień i spędziłam je na... remontowaniu domu. Psy zyskały więc nową przestrzeń na klatki, trochę luzu w salonie - i tyle. Niestety, epickie wyprawy poczekają.

Adopciny Karola i wizyty na hali

Wierzyć samej mi się nie chce, ale ten czarny paskud jest ze mną już cztery lata - a to oznacza, że teraz z każdym dniem jest dłużej domny, niż bezdomny.
Trochę z okazji remontu, a trochę adopcin zabrałyśmy na trening wszystkie cztery psy i ogromnie dobrze mi się z Grubym pracowało: skubany, po wstępnym skołowaniu, umie włączyć mózg i trzepać znane komendy jak dzielny żołnierz!
Na wyjściu z hali spotkało nas jednak nieprzyjemne wydarzenia, ponieważ Fenka i Spacja ostro się spięły. Jednak od tego wydarzenia minęły już trzy tygodnie bez powtórki, zakładamy więc, że przyczyną konfliktu było nagromadzenie zmian (remont, 4 psy na hali, urojka Spacji, hormony brane przez Fenkę).

Miałyśmy, już tylko z pracującymi sukami, dłuższą posiadówę na hali (dzięki, Monika, Ania, Magda i - przede wszystkim - Jagna) i powiem tak: niewiele jest lepszych sposobów na spędzenie czasu, niż mieszanka treningu, a'la seminaryjnej obserwacji innych, dobrego jedzenia i gadania!

Marzec już się zaczął, ale co robiłam przez ten tydzień, opiszę na początku kwietnia. Zapowiada się też materiał o seminarium dummy i reportaż z dłubania obikowych detali. Trzymajcie kciuki za moją systematyczność pisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzięki za komentarz!