niedziela, 25 stycznia 2015

O obedience na poważnie

Mam taki specjalny zeszyt, w którym zapisuję wszystkie ważne rzeczy, związane z pracą z Fenką. Pierwszy obediencowy wpis do owego zeszytu mam datę 17 stycznia 2014 roku - pora więc chyba, żeby podsumować, co dało mi zaangażowanie się w ten sport. Zapraszam Was więc na bardzo osobistą wycieczkę po mojej głowie.

Czego NIE dało mi obedience?
Tak, zaczynam nie od tego, co miało być tematem wpisu. Tak lubię.

Obedience nie dało mi przerostu ambicji i parcia na wygraną. Nie planuję puścić Fenki na emeryturę, a sobie nabyć idealnego szczeniaka, przyszłego i niewątpliwego mistrza świata. Nie cisnę treningów po trzy godziny codziennie. Nie zapisuję się na milion zawodów. Tak po prawdzie, to debiut na zawodach zawodach wciąż przed nami, bo na razie byłyśmy tylko (i aż, bo było to doświadczenie nie do przecenienia) na treningowych.
Nie zaczęłam postrzegać psa jako maszynki do wykonywania zadań. Nasze spacery nie stały się nieustannym treningiem równania, kontaktu i aportu. Pomiędzy spacerami Fenka nie siedzi zamknięta w klatce, nie izoluję jej od ludzi i psów. No, od psów trochę tak, bo psy ją nierzadko strasznie wkurzają.
Nie pojawiła się we mnie nagła potrzeba udowodnienia wszystkim, że jesteśmy najlepsze i wszystko wygramy.
Nie zwijam się w paroksyzmach zazdrości, widząc Spację (młodszą o Fenki o, jakby nie patrzeć, dwa i pół roku) lepiej się szarpiącą, mająca nieporównywalnie lepsze zmiany pozycji, lepszą wymianę zabawek i znacznie lepiej ogarnięte emocje.
Nie gardzę osobami, które nie uprawiają sportów (albo uprawiają inne niż obi).
Nie uważam, że jestem najmądrzejsza.

Co w takim razie DAŁO mi obedience?

Zupełnie inaczej patrzę na mojego psa. Mam wrażenie, że widzę ją lepiej, pełniej, niż kiedykolwiek. Widzę jej olbrzymie zalety, wielki potencjał. Widzę jej wady i ograniczenia, widzę, jak odbiły się na niej moje błędy i moje dobre decyzje.
Zupełnie inaczej też słucham mojego psa. Wyczuliłam się jak nigdy na komunikaty, które mi wysyła. Czytam jej emocje z większą uwagą, słucham jej sygnałów, gdy mówi mi o trudnościach i potrzebach.
Zrozumiałam lepiej niż kiedykolwiek, że dostaje się tylko tyle, ile się dało. Dlatego staram się dawać Fence dużo, jak nigdy pilnuję regularności spacerów i aktywności pozasportowych. Wiem, że nie będę miała pełnego skupienia od psa, który dawno się nie wybiegał ani pełnego zaangażowania od psa, który jest zmęczony. Wszystko się łączy: słuchanie psa, patrzenie na niego, wiedza o jego potrzebach i dawanie mu uczciwie, by potem z czystym sumieniem o coś prosić.
Wyrobiłam cierpliwość. Nauczyłam się, że jedna sesja to za mało, żeby "zrobić" całe zachowanie (co, serio, było dla mnie trudne, bo Fenka jest potwornie bystra i przesuwanie poprzeczki w górę w zawrotnym tempie nie raz uszło mi na sucho). Zrozumiałam, że są elementy obi, które ćwiczy się powolną dłubaniną po parę minut dziennie przez wiele, wiele dni, zanim coś wyjdzie. Albo ćwiczy się długo, nic nie wychodzi i trzeba wszystko zdemontować i zaczynać, inaczej, zupełnie od nowa.
Nauczyłam się także systematyczności, no, wciąż się jej uczę. Zeszyt do notowania, co robimy, powstał właśnie z tej okazji. Nie raz i nie dwa zobaczyłam, że szarpanie raz tego, raz tamtego ćwiczenia na treningach co tydzień nie przynosi efektów; niewiele daje też wielki wysiłek w weekend i potem tydzień niczego.
Zupełnie inaczej patrzę na problemy. Dawno temu fakt, że nadpobudliwość Fenki wykluczyła ją z dogoterapii była dla mnie tragedią i czymś zupełnie nie do ogarnięcia. Teraz każdy problem, czy malutki ("ona paralitycznie wystawia lewą przednią łapę przy zmianach pozycji!") czy duży ("ona obsesyjnie drze japę na niektóre osiedlowe psy, stojąc przy drzwiach balkonu!") daje się obejrzeć, zanalizować i można opracować rozwiązanie. A potem jeszcze to rozwiązanie można wdrożyć!
Z tym wiąże się też fakt, że od nowa odkryłam w sobie pasję uczenia się. Wykłady Magdy Łęczyckiej o obi były czymś, na co leciałam jak na skrzydłach (choć odbywały się na koniec mojego długiego dnia pracy, w hali, w której nie zawsze było idealnie ciepło, krzesła były z plastiku i w ogóle, nie no, daj sobie spokój, dziewczyno, nie lepiej poleżeć w domu na kanapie?). Obikowe DVD Marii Brandel oglądam niemal z wypiekami na twarzy. Słucham innych, czerpię z ich doświadczeń, czytam, chłonę wiedzę całą sobą i bardzo mi z tym dobrze.
Pilnuję emocji. Nie jestem robotem, nie wytnę ich, nie amputuję ich też psu, ale mogę próbować nad swoimi panować, wzmocnić radość i zachwyty, stonować irytację i frustrację. Mogę za nimi też pójść, ale sensownie, i iść na spacer zamiast treningu. Mogę, ba, powinnam pomagać Fence w ogarnianiu swoich emocji.
Gdzieś powoli zdycha moja nadmierna ambicja. Tak, jasne, chciałabym - gdzieś z tyłu głowy - wreszcie przestać tylko się uczyć i zacząć wygrywać zawody, stawać na podiach i oglądać swoje zdjęcie na okładce... no, wiecie, coś w podobie. Ale ten głos jest coraz cichszy, Coraz bardziej nie tylko wiem, ale i czuję, że bez sensu jest mierzenie swoich wyników względem wyników innych. Coraz bardziej jara mnie nie porównywanie się z innymi, a rywalizacja naszego teamu z dzisiaj z nami z wczoraj. Dumna byłam z siebie, przyznam, kiedy po przebiegach altowych podjęłam decyzję, że choćby nagrodą na przebiegach poznańskich był Ford Mustang, my startujemy treningowo, spokojnie, z nagradzaniem, żeby budować dobry obraz zawodów, a nie idiotycznie (dla nas) cisnąć na wynik (a organizatorzy poznańscy w nagrodę zmienili sposób oceniania przebiegów, ale to zupełnie inna bajka).

W ogóle dzięki obedience (obedience w wersji Team Spirit, naszemu obedience) wszystko, cała relacja z psem, ułożyła mi się w głowie w jeden, spójny obrazek. Jak nigdy i coraz lepiej rozumiem psy w ogóle, swojego psa, siebie, to, co dzieje się między nami, ten sport, wszelkie zależności. Mam zarazem poczucie, że dostałam klucz do tych połączeń, że w głowie klaruje mi się coraz bardziej jasny, spójny, prosty przewodnik po tym niesamowitym świecie.
I jest to piękne uczucie.

Obedience - a właściwie pod tym pojęciem kryje się nie tylko sport, ale i klub, i poznani ludzie, i długie domowe rozmowy, i wymiany poglądów z innymi, i szukanie wiedzy na własną rękę; ale wszystko zaczęło się, moim zdaniem, od pierwszego spotkania z obedience - nie zmieniło mnie ani mojego psa w roboty do wygrywania i zgarniania trofeów.
Obedience nie zrobiło ze mnie idealnej przewodniczki ani idealnego człowieka. Napisałam wiele o tym, czego się nauczyłam, ale nie oznacza to wcale, że wszelkie te zmiany udały się na 101% i nigdy nie czuję zazdrości, nie lenię się ani nie wkurzam.
A jednak, obedience nieodwołalnie skierowało mnie na drogę do bycia coraz lepszą przewodniczką, lepszym człowiekiem dla moich psów, kto wie - że uderzę w lekko patetyczny ton - może i lepszym człowiekiem w ogóle? I jest to droga, którą idzie się bardzo przyjemnie. Do tego stopnia, że już nie wyobrażam sobie zejścia z niej.

7 komentarzy:

  1. Świetny tekst! Jestem bardzo początkująca w obi, chociaż nie ukrywam, że nauka sprawia mi ogromną przyjemność. Życzę samej sobie podobnego podejścia i nastawienia w przyszłości :) a Tobie wiele sukcesów, nieważne czy na zawodach czy na treningach :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jak napisałam na fejsie - pięknie napisane. Zazdraszczam pióra i ogarnięcia (i towarzystwa w trenowaniu). W ogóle bardzo fajny blog (jestem tu po raz pierwszy). Jak Ty to robisz, że na wszystko znajdujesz czas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie za dobre słowo =).
      A jak robię? Realnie mało robię. Mam śmieszny zawód, więc pracuję mniej, niż większość; poza tym treningi poważne są zazwyczaj raz w tygodniu, nasze pozaweekendowe spacery nie trwają wielu godzin, a dłubanie detali to parę minut dziennie. Jakby się zastanowić, to czas mam często na więcej, niż robię, i tylko lenistwo trzyma mnie w domu.

      Usuń
  3. Super tekst, cieszę się że nie tylko ja tak myślę o pracy z psem....
    to podbudowujące:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie zainteresowała wzmianka o obikowym DVD Marii Brandel. Czy DVD jest ogólnodostępne (bardzo chętnie bym zakupiła!)? :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że nie jest. Magda Łęczycka je miewa, stąd na pewno biorą się w Polsce. Inaczej - nie wiem.

      Usuń

Dzięki za komentarz!