sobota, 7 marca 2020

Lunki walka o zdrowie

Dzisiaj naszą bohaterką jest Lunka.

Lunka w środę wieczorem zwymiotowała, ale nie posmutniała, szybko po sobie sprzątnęła i właściwie zapomniałyśmy o sprawie.
W czwartek rano nie chciała zejść po schodach na spacer. Nie zjadła też śniadania, znaczy wzięła parę gryzów, ale ponad pół miski zostało.
W czwartek po południu też nie chciała zejść ze schodów, znosiłam ją.
W czwartek wczesnym wieczorem była już w klinice Animal Center, bo to nasze ulubione miejsce weterynaryjne. (Dlaczego nie wcześniej? Bo po domu chodziła żwawo, wskakiwała na meble, nie wyglądało, jakby sprawa była nagląca). Wyniki badania krwi nie mówiły nic, w rozmazie dopatrzono się jakby babeszji. Decyzja: walimy imizol, bo nawet podany "niepotrzebnie" zaszkodzi mniej, niż ewentualna babeszjoza. Do tego kroplówka, przeciwbólowe, do domu.
W domu super, na spacer poszła, zjadła pół porcji kolacji i była oburzona, że nie ma więcej.

W piątek rano już znowu odmawiała chodzenia po schodach, po płaskim zresztą też, niosłam ją na rękach do samochodu.
W klinice zameldowałyśmy się o 9 rano.
USG wykazało płyn w otrzewnej, ale nie wiadomo, skąd - narządy generalnie ok. Sytuacja z gatunku WTF.
Przeciwbólowe, kroplówka kapiąca godzinami, książka, przemiła obsługa, proponująca kawę, herbatę, wodę i odgrzewająca w służbowej mikrofalówce mój obiad.
Ok. 15:00 cudowna Ava Sawaszkiewicz bardzo spokojnie, acz stanowczo poinformowała nas, że w tej sytuacji (znaczy: z psem jest źle i nie wiadomo, czemu) otwieramy i patrzymy, co w środku. (Znaczy, żeby nikt się nie oburzał - mogłyśmy odmówić. Ale jasne było i jasno nam powiedziała, że to jedyna opcja, która cokolwiek wyjaśni.)
Chwilę przed 17 Lunka, już radośnie naćpana, pojechała na salę operacyjną, a my do domu.
O 17:45 Do dostała telefon. Okazało się, że trzustka Lunki ma zmiany martwicze, śledziona jest w ogóle do niczego, a na nadnerczu wielki guz. I musiałyśmy zdecydować, co dalej. Możliwe czarne scenariusze obejmowały: niemożność usunięcia guza, niewybudzenie się po operacji (mówimy o psie kilkunastoletnim!), brak poprawy samopoczucia po operacji. Uznałyśmy jednak, że damy Lunie szansę powalczyć.
Przed 20:00 informacja, że operacja usunięcia śledziony, połowy trzustki i guza się udała, a Lunka się obudziła.
Przed 21:00 byłyśmy znowu w klinice.
Po 22:00 zabrałyśmy Lunę na rękach do domu. Alternatywą był szpital, ale uznałyśmy, że do szpitala zawsze możemy pojechać (mamy rzut beretem do MultiVetu na Gagarina), a jednak noc w domu, na własnym posłaniu to lepsze, niż noc w klatce w szpitalu.
O północy i o 2:00 zastrzyki podskórne, które dzielnie wykonywała Do.
W międzyczasie próby stworzenia posłania, które będzie wygodne, ale wodoodporne, bo Lunka bez żadnej żenady sikała ciurkiem pod siebie. Na szczęście nie pierwszy raz jej się to zdarza, miałyśmy więc nowiutkie prześcieradła gumowane i pieluszki. Powodzi nie było.

W sobotę rano Luna samodzielnie się napiła, zjadła też kilka chrupek. W nocy sama przewróciła się na drugi bok, rano siadała, a nawet wstała sama!
Od 11:00 Lunka z Do są znowu w klinice. Lunka dostała leki, leży też pod kroplówką, w planach jest druga, żeby  nawodnić i wzmocnić organizm. Zżarła mokrą karmę. Radośnie sika pod siebie.
Rokowonia wciąż ostrożne, ale jak na psa, z którym właściwie się pożegnałyśmy i któremu dawano szanse "pół na pół" na przeżycie wczorajszego dnia, nieźle sobie radzi...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dzięki za komentarz!