środa, 10 grudnia 2014

Starmark Treat Dispensing Tetraflex - test

Dawno, dawno temu, kiedy Magda Łęczycka prowadziła wykłady w siedzibie sklepu Psiesmaki.com... czyli całkiem niedawno, w sumie, od rzeczonego sklepu dostałam, w nagrodę za znajomość teorii szkolenia psa pod obi, Treat Dispensing Tetraflex firmy Starmark. Chwilę już go mam, więc pora na parę słów o jego przydatności.

Tetraflex wygląda o tak:


Nasza wersja ma 13 cm średnicy, są też M-ki, dziesięciocentymetrowe. Kula (powiedzmy, że to kula ;)) ma otwór, przez który można nasypać smakołyki albo karmę. Żeby nie było za łatwo, otwór od wewnątrz ma wysoki rancik, więc smakołyki nie wysypują się zbyt szybko.
Zastosowanie zabawki jest proste: napełnioną dajemy psu, który musi się trochę namęczyć, żeby się do owego żarcia dostać. Zapewnia więc psu stymulację (umysłową i od biedy też ruchową, bo kulka się kula i ucieka), jest dobra na nudę pod nieobecność właściciela (teoretycznie, o czym zaraz), pozwala też spowolnić jedzenie u psów, które wciągają żarcie za szybko i np. się krztuszą. Ostatecznie też może służyć jako zwykła piłka do zabawy.

Zabawkę testowały Spacja i Fenka, obie zaprawione w bojach z podobnymi "kulami-smakulami" rożnych typów. I tak jak Fenka traktowała zabawkę nader uprzejmie, wyjadła zawartość i poszła spać, używając jej jako poduszki, tak Spacka - może oburzona, że chrupki się skończyły, bo jej zawsze mało - trochę Tetraflex nadgryzła.

I tutaj gładko przechodzę do podsumowania.
Zalety:
+ ciekawy kształt
+ rancik spowalnia wypadanie chrupek, więc zabawa zajmuje trochę czasu nawet doświadczonym psom
+ można myć w zmywarce (nie, żebym miała zmywarkę ;))
+ podoba mi się materiał, z którego zabawka jest wykonana: jest przyjemny w dotyku, ładnie pachnie, nie jest to twardy plastik ani chamska guma.
Ale są i wady:
- jakże praktyczny rancik sprawia, że mycie Tetraflexu ręcznie to mały koszmarek: woda nijak nie chce się wylewać. Jest malutka dziurka po przeciwnej stronie, która chyba właśnie taki odpływem ma być, ale nie raz już brałam Tetraflex z suszarki i opluwał mnie wodą, która została w zakamarkach.
- przez ww. rancik i ogólny kształt trzeba do tej zabawki sypać twarde, niemażące się smakołyki. Parówka czy serek wejdzie w zakamarki, zostanie tam na zawsze i zgnije, siejąc zarazę.
Tak, trochę koloryzuję, ale jestem fanką higieny psich zabawek, cóż poradzę. Poza tym jest jest jeszcze jedna wada, tym razem serio poważna:
- WYTRZYMAŁOŚĆ. Spacka, jak pisałam, poobgryzała Tertaflex tu i ówdzie, odrywając może paromilimetrowe kawałeczki. Pies bardziej zdeterminowany, bardziej znudzony i zostawiony z tą zabawką sam na kilka godzin mógłby spokojnie przerobić ją na wióry i następnie je skonsumować. Dodatkowo podejrzewam, że ciekawa powierzchnia zewnętrzna może wręcz prowokować do mamlania. 

Podsumowując: Starmark Treat Dispensing Tetraflex jest kolejną, ciekawą pozycją wśród tak zwanych "kul-smakul". U nas sprawdził się idealnie, ale tylko dla Fenki. Dlatego owszem, polecam go, ale - jeśli ma służyć jako rozrywka pod naszą nieobecność - tylko osobom, które znają swojego psa i wiedzą, że nie ma w zwyczaju uszkadzania zabawek i ze najadłszy się, raczej idzie spać, a nie konsumuje pojemnik na deser. Alternatywnie, polecam Tetraflex jako zabawkę używaną w obecności właściciela, jako "ciekawszą miskę" i/lub bajerancką piłkę.

niedziela, 7 grudnia 2014

III Altowe Treningowe Przebiegi Obedience, 6-7 grudnia 2014

Uwaga, zapowiada się wpis o rekordowej długości!

Wspomniane w tytule III Altowe Treningowe Przebiegi Obedience odbyły się dziś i wczoraj. Części dzisiejszej nie widziałam, wczorajsza za to była naszym, w sensie moim i Feneczka, debiutem zawodniczym w dziedzinie posłuszeństwa sportowego. Nie może więc na naszym blogu zabraknąć szczegółowego opisu całego wydarzenia pod masą kątów.

Strona organizacyjna, techniczna itp.
W dwóch słowach: było świetnie.
Na zawodach, przepraszam, przebiegach, panowała fantastyczna atmosfera. Przykład? Jedyny ocieplany budynek mieścił na niewielkiej powierzchni sekretariat, łazienkę, kuchnię z bufetem, miejsce dla sponsorów i miejsce na psie klatki - było więc ciasno, srodze ciasno. Nieco zaniepokojona spytałam, gdzie mogę wstawić klatkę (bo zimno było i nie chciałam kisić Fenki w aucie). Natychmiast padła propozycja, że moją klatkę można postawić na miejscu czyjejś materiałową, którą z kolei postawi się na górze. Wyraziłam wątpliwość, czy Fenka nie oszaleje, gdy obcy pies będzie jej chodził po głowie, podziękowałam i poszłam myśleć, co dalej - po to tylko, żeby po minucie chyba złapała mnie osoba z informacją, że poprzestawiali klatki i miejsce na moją już jest. Przy rejestracji nie zdążyłam powiedzieć słowa, a już wręczono mi drugi pakiet startowy (dla nieobecnego Drugiego Ludzia). I w tej atmosferze odbywało się wszystko: wesoło, pomocnie, szybko i sprawnie oraz przemiło.
Podobnie było przed ringiem, gdzie miałam masę głupich pytań co do kolejności startów i na które cierpliwie odpowiadano.
Podobnie było na ringu, gdzie wszystkim zagubionym zerówkowiczom wyjaśniono wszelkie niuanse przebiegu i też był czas i cierpliwość odpowiedzieć na wszelki pytania (a nie było ich mało) i skomentować wszelkie wątpliwości co do punktacji.
Podobnie wreszcie było podczas samych przebiegów. "Osoba mówiąca, co robić na ringu" faktycznie mówiła wszystko i biło od niej coś takiego, że człowiek czuł się pewniej i spokojniej, bez żadnej presji. "Osoba pokazująca kartki z cyframi po ćwiczeniu" rozwaliła mnie zupełnie (dziękuję, Tomku!) propozycją, że potrzyma mi "spódniczkę", żeby pies się nie uczył, że tylko w niej ma mnie słuchać - a było to po całym dniu stania na zimnie w hali, kiedy naprawdę mógł mieć szkolenie mojego psa w nosie, szczególnie, że jego rolą nie było pomaganie.
Nie wspomnę o atmosferze wśród zawodników, która zachwyciła mnie ciepłem i serdecznością. No i okazuje się, że znam masę osób z obikowego światka, a to zawsze miło.

Poza atmosferą rozpieszczali nas tez sponsorzy. Ponieważ obraz > 1000 słów, oto zdjęcie mojego pakietu startowego po rozłożeniu i usunięciu najmniej porywającej makulatury reklamowej:


Mamy więc ulotki, kalendarz, jeden numer "Przyjaciela Psa", niesamowite ilości próbek karm, próbkę preparatu Gammolen, kubek od ALTO, kupon zniżkowy na karmy Fish4Dogs i szarpaki Shaggy Doggy, odblaskową opaskę Tropidog... Wspominałam o masie próbek karm? Otóż nasze, czyli zebrane z dwóch zestawów startowych, próbki, wypełniły (w opakowaniach, więc z powietrzem pomiędzy, no ale) 10-litrowe wiadro (i bardzo żałuję, że nie było wśród nich mojego ulubionego Oliver'sa, ale zarezerwowano go tylko na specjalne nagrody;))! Pełna lista sponsorów znajduje się tu: LISTA SPONSORÓW i pozwolę sobie jej nie zamieszczać, bo jest imponująco długa. Nagród było tyle, że nawet my coś złapałyśmy: widoczny w prawym dolnym rogu zdjęcia szarpak Shaggy Doggy przypadł nam w losowaniu po dekoracji, Brawa dla organizatorów za przyciągnięcie tylu hojnych sponsorów!

O tym, że wszystko odbywało się sprawnie i punktualnie (poza zakończeniem, które z racji szybkości przebiegów zerówkowych nastąpiło wcześniej) i że miałam nieustanne poczucie, że ktoś nad wszystkim panuje, nie muszę chyba wspominać, ale wspomnę dla porządku.
Było tak. Było świetnie.

My na zawodach
Skupię się tylko na wydarzeniach okołoprzebiegowych.
Miałam taką idee fixe, że muszę koniecznie nie dopuścić do tego, żeby Fenka załatwiła się na ringu - bywa, że robi to podczas treningu, ba, tropienia nawet, i bardzo chciałam uniknąć tego tutaj, bo to straszny, moim zdaniem, wstyd. Z tego powodu, a także dla swojego dobrego samopoczucia, Fenka dostała jeden spacer po przyjeździe, drugi, kiedy okazało się, że nie mam koziołka i muszę poćwiczyć z koziołkiem pożyczonym od Joanny od Esme i trzeci przed startem. Wszystkie przebiegały podobnie: pies chodzi (na smyczy lub luzem, element luzem też był, bo widać było, że małej chce się kicać), węszy, załatwia się, pije wodę i ma spokój (o ile nie robi czegoś okropnego), póki sama nie zacznie się mną interesować i oferować kontakt, wtedy coś robimy. Na tych trzech spacerach zaliczyłyśmy zapoznanie z terenem, masę fizjologii, lekkie wybieganie i trochę ćwiczenia. Nie chciałam małej cisnąć pracą, żeby nie zmęczyła się przed przebiegiem, a też nie wierzyłam, że cokolwiek można stworzyć na pięć minut przed startem, chodziło mi tylko o wyrobienie skupienia i zapoznanie z nowym aportem.
Po trzech spacerach miałam poczucie, że jest dobrze, że mam skupienie, mam zdumiewająco spokojne relacje z innymi psami, mam ogarnięty nowy koziołek. Nic nie zwiastowało problemów.

Pierwszy zwiastun pojawił się na ringu przygotowawczym. Fenka wkleiła się nosem w podłoże i węszyła z ogromnym zainteresowaniem. Udało mi się jednak ją do tego zniechęcić* i skupić na sobie, więc znowu byłam dobrej myśli. Uspokoiłam ją też, kiedy nadmiernie pobudziła się biegającym po ringu Soczkiem. Było nieźle.

Wejście na ring ładne, pies przy nodze, skupiony. Rozmowa z Osobą Jakby Komisarzującą ok, przekazanie koziołka i karty startowej bez kłopotu. Deklaruję start klasyfikowany zgodnie z planem.
Skupiony pies idzie przy nodze do socjalizacji i pięknie siedzi, kiedy się witam z Osobą Jakby Sędziującą. Nieźle, myślę, i wtedy Fenka wstaje, akurat, gdy Tomek pytał, czy może jej dotknąć. Przywołuję psa do porządku, dotknięcie znosi. Koniec ćwiczenia, w górę idzie "10", do karty uwaga "więcej stabilizacji przy nodze". No ok.
Zmiany pozycji. Skupiam psa, odpinam smycz, podaję OJ Komisarzujacej. Pies przy nodze, choć śledzi nasze poczynaniu uważnie. Odchodzę, ruszam ręką, Fenka kładzie się nieco za szybko, ale macham ręka do końca wydając komendę - nawet spoko pac. Kic śliczny. Powrót, koniec ćwiczenia, 8,5 punktu (wyprzedzenie komendy oraz komenda dodatkowa, bo powiedziałam psie imię). Cieszę się, mam iść dalej... i zamieram, bo Fenka wybiera się na badanie taśm ograniczających ring i stołu, pod którym stoją skrzynki i torby. Moje wstępne wołania ignoruje, czym wprowadza mnie w głęboki szok - ale wraca, w końcu wraca po "eej".
Przeszkoda. Na filmiku, teraz, widzę, że skok w stylu Fenki, połamany całkowicie, ale technicznie bardzo ładne ćwiczenie. Tomek też tak sądził, 10.
Przejście do przywołania i niestety, Fenka kolejny raz wyrywa do rogu, tym razem ewidentnie szuka końskich kup, węszy, coś podgryza**. Moje wołania ma głęboko w pompie. Trochę nie wiem, co robić, bo odwykłam od bycia tak olewaną. Pytam, czy mogę wziąć psa za obrożę, dowiaduję się, że teoretycznie nie, ale praktycznie, to to przebiegi treningowe i w dodatku pomiędzy ćwiczeniami. Łapię, perswaduję*, w końcu osiągamy pozycję startową do przywołania.
Przywołanie. Kładę Fenkę na komendę "leż", jak zawsze nieco krzywo, ale ok. Odchodzę cała długość hali, odwracam się, pięknie leży. Wołam. Wyrywa zachwycająco, ja banan na twarzy, bo przywołanie mamy bardzo mocne. Galopuje jak dzika, radośnie i szybko...
i mija mnie bez słowa, żeby szukać końskich kup za mną.
Wybucham śmiechem. Właśnie w wielkim stylu wyzerowałyśmy jedno z naszych dwóch najmocniejszych ćwiczeń. Zwracam się do komisji, że zmieniam start na treningowy, lecę po "spódniczkę". To właśnie w tym momencie Tomek cudownie wychodzi z roli OJ Sędziującej i proponuje trzymanie sprzętu, żeby pies nie skojarzył go z koniecznością pracy. Zgadzam się, napycham kieszeń smakami, skupiam psa, ruszamy dalej.
Chodzenie na smyczy wyzerowałam, jak się okazało, po pierwszym kroku, kiedy Fena się zwąchała, a ja pociągnęłam napiętą smycz. Ruszyła za mną, szła nawet nieźle momentami, ale punktów 0.
Aport wyzerowałam, bo pierwszy raz był niezły, ale Fenka ruszyła bez komendy, wiec powtórzyłam, żeby nagrodzić dobre wykonanie. W uwagach mam też "miele koziołek", co jest informacją tyleż zabawnie sformułowaną, co prawdziwą. 0 punktów, bez powtórzenia, przy zerwaniu i mieleniu, pewnie ugrałabym kilka.
Chodzenie bez smyczy kolejne 0, bo Tomek był bezlitosny i widział zbyt dalekie odejścia. A Fenka jakiś kontakt miała, na pewno większy, niż zerowy, ale mało epicki i niewystarczający, żeby zaliczyć ćwiczenie. Chociaż od strony komisji usłyszałam komentarz (którego zapewne słyszeć nie miałam) "Z nagrodami ładnie idzie" - więc wrażenie, że nie było dramatu, nie jest tylko moje (choć z oceną nie polemizuję, oddalenia i gubienie kontaktu były).
Zostawanie. Idę na pewniaka, w siadzie, i nieźle się dziwię, kiedy po upływie minuty odwracam się i... Fenek leży. Wracam do niej, rozkładając ręce i gadając, że po co się kładzie, więc usiadła. Informacja od Tomka: za jedną zmianę pozycji byłoby 9 punktów, a że psa zagadałam, zrobiła dwie. 5 punktów.
Koniec przebiegu, szarpak i zabawa.
33,5 punktu, lokata 14 na 18 psów. Brak nagród dodatkowych, poza wylosowanym szarpakiem.

* Wbrew pozorom odbyło się bez przemocy i bicia - wystarczała blokada złego zachowania i nagrodzenie dobrego.
** Hala była sprzątnięta, ale gdzieś, wdeptane w podłoże, wmieszane w luźny piach na brzegach ringu leżały malutkie kawałki końskich kup. Do nikogo nie mam o to pretensji, bo każdy by przegapił - poza psem ;).

Wnioski (pisane w ogromnym stopniu dla siebie)
Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej uderza mnie pozorne podobieństwo tego przebiegu do naszego nieszczęsnego PT1. A głównie to, jak bardzo pozorne ono jest, mimo może podobnego wyniku.
PT1 zdawałam byle jak, bez przygotowania, z psem, który miał mnie w nosie nie momentami, tylko uparcie i non stop.
Na przebiegi altowe przyjechałam po roku ćwiczeń pod okiem Magdy. W tym czasie nie tylko wypracowałam przyzwoity poziom ćwiczeń, ale zbudowałam całkiem niezłe podstawy, kulturę pracy z psem. Fenka nauczyła się wymieniać zabawkami i przynosić mi je do ręki, poprawiła jej się koncentracja, nieporównywalnie lepiej panuje nad emocjami, liczy się ze mną i potrafi przerwać zachowanie, kiedy jej karzę.
Nasz ostatni przebieg pod okiem Magdy zasłużył na komentarz "na zawodach to byłaby ocena doskonała". Nasz ostatni przebieg na prywatnym treningu, parę dni przed zawodami, był dobry, "miałam" psa przez cały czas, Fenka zrobiła wszystkie ćwiczenia bez skandalu.
Już na terenie zawodów miałam psa, który skupiał się na mnie na jedno słowo, sam prosił o zadania i który zarazem ogarnął się na tyle, że nie burknął na żadnego psa, a obwąchiwał się z kilkoma, w tym ze szczeniakiem.

A jednak przebieg poszedł paskudnie. Czemu? Czy ja aby nie wyolbrzymiam dotychczasowych osiągnięć?

Uważam, że nie. Magda powtarza, że zawody pokazują wszelkie niedociągnięcia i że na zawodach pies zawsze traci 10-15% "umiejętności". To nam wyszło cudownie, jak na dłoni obnażając nasze braki i dając masę wniosków na przyszłość:
  • kultura pracy Fenki jest jakaś, ale potrzebuję popracować nad większa koncentracją, nad tym, że by podczas pracy mieć 100% psa.
  • rezygnowanie mamy, mamy komendę przerywającą, ale wyraźnie nie są tak mocno wdrukowane, żeby wygrały z czymś tak atrakcyjnym i rzadkim, jak końskie kupy. Drukować!
  • nie można wymagać od psa niczego, jeśli się go nie zmotywuje do działania. Motywacja, motywacja, nagradzanie, dopracowanie nagrody socjalnej (w końcu pies na dwa ćwiczenia był przy mnie murem, może to brak nagrody sprawił, że odjechała?). Generalnie stanie się bardziej atrakcyjną od końskiej kupy ;). 
  • Jagna ślicznie napisała o utwierdzaniu psa w przekonaniu, że jest mistrzem. Uważam dlatego, że zrobiłam błąd, że pozwoliłam Fence wyzerować chodzenia przy nodze. Powinnam była pomóc jej tak, żeby nie popełniła błędu, nawet, gdyby oznaczało to chodzenie ze smakołykiem pod nosem. Mogłam też działać zabawką. Jasność granic między "dobrze" i "źle" mam wciąż lekko zaburzoną, podobnie jak określanie kryteriów.
  • brakuje mi refleksu, doświadczenia - dlatego super, że byłam na zawodach treningowych i że startujemy w Poznaniu w lutym, i na pewno na tym nie skończymy. Dopracuję rytuał startowy, więcej też czasu powinnam chyba spędzać z psem, mniej z ludźmi.
Oznacza to w praktyce dużo fajnej pracy, we mnie nad jasnością, atrakcyjnością i konsekwencją, a w Fence nad skupieniem i przekonaniem, że jest najlepsza na świecie, szczególnie, kiedy współpracujemy, ale absolutnie nie tylko. Więcej spacerów tylko dla nas, dalsze regularne treningi. Już cieszę się na obikowego Sylwestra i treningi zapewne na końskiej hali.

Podsumowanie
Po pierwsze, jestem wdzięczna masie osób, że takie wydarzenie miało miejsce i że mogłam wziąć w nim udział. Wiem, brzmi to jak mowa z oskarowej gali, ale tak czuję. Brawo, Alto!
Po drugie, ogromnie cieszy mnie bogactwo fajnych wniosków, które wyciągnęłam z naszego kiepskiego startu. Niesamowite, że dostając porażkę, kiedy byłam nastawiona na mały sukces (serio myślałam, że jesteśmy dobrze przygotowane), dostaję pozytywnego kopa do dalszej pracy, kolejne wiadro ciepłych uczuć do Fenki, pomysły i chęć przekucia ich w działanie.
Obi i Team Spirit to chyba naprawdę to, co było mi potrzebne.

środa, 19 listopada 2014

Straszna historia tollerowego burrito

Uwaga, będzie samozadowolenie i afirmacja.

Ania od Hixa i Dog's Paths zaproponowała zabawny projekt: kto żyw, uczy psa zawijania się w kocyk! A że od dawna miałam smaka na tę sztuczkę, żwawo ruszyłam do nauki. I wyszła z tej naszej nauki historia z dreszczykiem i wielowątkowym morałem.

W ogóle miałam wątpliwości, czy powinnam próbować, bo teraz mocno siedzimy w obi, a Magda mówi, że nie należy za bardzo "rozklikiwać" psa, bo pies radośnie oferujący non stop to nie to, co jest nam w w posłuszeństwie potrzebne.
Szybko okazało się też, że klikanie NIE. Kliker ekscytuje Fenkę dziko i jedyne, co osiągnęłam w sesji klikerowej, to niezdrowe podjaranie i pomysł, żeby nie brać rogu kocyka w pysk, tylko plątać go między łapami. Wywołało to u mnie ostry kryzys, uznałam, że wszystko jest do niczego, ja zwłaszcza, i że nigdy Fenki zawijania się nie nauczę.

Uznałam jednak, że tak nie wolno, że jednak się nie poddam. Ale również, że nie ma sensu próbować powszechnymi metodami, tylko pracować tak, jak się nauczyłam, tak, jak Fenka potrzebuje.
Wzięłyśmy się więc za samo trzymanie przedmiotów. Na pierwszy ogień poszły dwie zabawki, których używamy do nauki aportowania (pseudo-zamszowa kostka i z podobnego materiału "pałka"). Po drobnych konsultacjach doszło do tego zestawu genialne narzędzie, jakim jest samokontrola, używana jako "reverse luring", czyli rodzaj naprowadzania: otwarta ręka oznacza "dobrze, zaraz będzie nagroda", zamknięta (i informacja głosem) znaczy, że trzeba inaczej i że błąd. Okazało się, że ta metoda działa wspaniale (szczególnie, kiedy po sesji czy dwóch poprawiłam sobie koordynację i timing) i Fenek załapał, że ma siedzieć na tyłku i trzymać spokojnie, bez plucia i podgryzania. Potem umiejętność trzymania przenosiłyśmy na róg kocyka i na drewniany aport do obi - mieszając to wszystko, żeby po pierwsze, w chwilach kryzysu na przedmiotach trudniejszych wracać do łatwiejszych, po drugie, żeby generalizować jak najbardziej. I znowu, udało się.
Kolejnym krokiem było dołożenie innej komendy podczas trzymania. Zaczęłam od przejść "siad" i "leż", robiłyśmy przywołanie i dostawienie do nogi.
Było też wyciąganie przeze mnie ręki do przedmiotu, dotykanie go, nawet pociąganie i machanie smakołykami pod nosem, wszystko z nagrodą za trzymanie.
Cała praca robiona była w skupieniu i maksymalnym spokoju, z przerwami w razie pobudzenia i utraty mózgu.
W końcu, kiedy miałyśmy trzymanie przedmiotów połączone z ruchem i rozproszeniem, a bez plucia i podgryzania, połączyłyśmy wszystko do kupy: i tak, poznane już trzymanie ze znaną od dawna beczką dały w efekcie piękne tollerowe burrito, które, z uwagi na bezmięsność naszego domu i moją wadę wymowy nazwałam falaflem =).

Historia ta, emocjonująca i z ogromnie radosnym zakończeniem, niesie też ze sobą zestaw ważnych nauk.
Podążanie za grupą jest fajnym motywatorem. Ale! Nie można podążać ślepo. Raportując na fb o moich problemach z Fenką, dostałam dużo porad, udzielanych z dobrego serca, ale zupełnie nie dla nas, bo u Fenki powodowałyby tylko większą nakrętkę.
Uważać też trzeba na presję grupy (nawet tę, którą wywiera ona całkowicie nieświadomi albo w dobrej wierze, pozytywnymi komentarzami typu "na pewno wam się uda" i wrzucaniem kolejnych filmików z sukcesów), bo gdybym uległa pokusie działania na szybko, na zasadzie "ja nie zrobię?!", nie miałabym nic albo miałabym burrito nadziane frustracją i bylejakością. Przerost ambicji też dobry nie jest.
Najważniejszy jest nasz pies i nas team. I tego psa trzeba poznać, słuchać, dopasować do niego metody, wymagania, tempo pracy. Po prostu.
No i wnioskonauka bardzo pozytywna: cholera, ja naprawdę sporo się nauczyłam przez ten rok. I zmieniła się, co więcej, na lepsze, moja relacja z Fenką.

A oto efekt (kręcony termoforem):


PS. Jako "efekt uboczny" mamy piękne trzymanie obikowego aportu, z naciąganiem nawet! Co jest wielkim bonusem i nieprzypadkowo nad tym pracowałam, bo ostatnio szwankowało.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Kurs tropienia w Alto Tropy - podsumowanie

O tropieniu więcej było w tym poście - teraz jednak zakończyłyśmy kurs, więc pora na podsumowanie.

Przede wszystkim, tropienie jest fajne. Daje pozytywnego kopa "ależ mądry ten mój pies", a to bardzo dobrze robi na głowę i na relacje.
Poza tym, czekanie na tropienie nakręca Fenkę paskudnie i to jest coś, czego nie umiem opanować za dobrze. Trochę pomaga zasłanianie auta, ale tylko trochę. To chyba jedyna wada tropów - ja nie lubię takiego pobudzenia u mojego psa.
Oprócz tego Fenka jest w te klocki niezła. Dostałyśmy super mail z informacją zwrotną od Natalii, prowadzącej, gdzie mamy wytyczne, nad czym pracować (a głównie chodzi o czytanie psa i upewnianie go, że to on tym razem prowadzi i że ja słucham, a nie wskazuję drogę), ale ogólnie, no, Fenek jest niezły i już.

Wnioski? Napisałam do Natalii, że chcę próbować dalej. Nie sądzę, żebyśmy kiedyś zostały zawodowym zespołem tropiącym, ale patrząc na zabawę, jaką obie mamy z tropków, rezygnować nie chcę. Hej, przygodo!

wtorek, 4 listopada 2014

Psy andaluzyjskie

... czyli nieco wrażeń o psach na południu Hiszpanii.
Albowiem ponieważ urządziłyśmy sobie z Drugim Ludziem pierwsze bezspiowe wakacje. A że bezpsiowe, sporo się na cudze psy gapiłyśmy, bo jednak dziwnie to tak, bez psów ;). Byłyśmy w Andaluzji właśnie. Wakacje były króciutkie, parodniowe, dlatego też niniejszy wpis radze traktować jako garść luźnych spostrzeżeń, a nie dokładny opis miejsca i charakteru psa w Hiszpanii. 

Pierwsze zaskoczenie - rasy. Najczęściej przez nas widywaną rasą psów były... dalmatyńczyki, psy, których w Polsce widziałam w ostatnich latach tyle, ile w Hiszpanii przez cztery dni (czyli kilka ;)). Sporo było goldenów, sporo kundelków, ale uwagę zwracał też brak popularnych dość u nas owczarków, a szczególnie owsików i borderów. To ostatnie liczy się zresztą na plus: nie widziałyśmy nigdzie zeschizowanego bordera, co niestety, przy polskiej popularności tej rasy bywa stosunkowo częstym widokiem.

Druga obserwacja to styl wyprowadzania psów. Otóż widywane tam psy chodziły albo luzem, albo na krótkiej smyczy, metrowej chyba najwyżej. Osobiście nie widziałam ani jednej smyczy takiej, jaka wydaje mi się typową w Polsce, czyli ok. półtorametrowej. Co ciekawe, nie raz zdarzało się, że jedna osoba wyprowadzała dwa psy i jeden był luzem, a drugi trzymany krótko. Ot, ciekawostka. Na plus - nie uświadczyłam flexi.
Przy prawie każdej smyczy grzecznie dyndał pojemnik na worki na kupy - co jest o tyle zabawne, że poziom zanieczyszczenia chodników, szczególnie w mocno wybrukowanych i średnio zatrawionych centrach, jest porównywalny z warszawskim. Ale, jak odkryłyśmy, w Maladze kara za niesprzątanie po psie wynosi 500 euro, co przy cenie kawy/piwa w knajpie na poziomie ok. 1,50 euro jest naprawdę ostrą sumą. No i fakt, chodniki może nie, ale trawniki były wysprzątane.
Pozostając w temacie sprzętu spacerowego, dość popularne są szelki - nie potrafię określić, czy bardziej, niż u nas, ale widziałam je wielokrotnie i na różnych psach, niezależnie od rozmiaru i rasy. Szkoda tylko, że nieźle ma się zarówno kolczatka, jak i łańcuszek zaciskowy.

Tutaj przechodzimy do tematu ogólnego stylu współpracy z psami. I obserwacja jest smutna, bo zgadza się z tym, co mówił mi Paco Lobo: Hiszpania dopiero odkrywa pozytywne metody szkolenia. (Tutaj ubolewam, że nie starczyło czasu na wizytę z centrum szkoleniowym Senda Canina pod Granadą, bo ono reklamuje się jako pozytywne, mieli nawet seminarium z Paco właśnie i prowadzą dogoterapię, co bardzo, bardzo, chciałbym zobaczyć i mogłoby to zmienić mój ogląd.) To właśnie widziałam: ogólnie psy fajne (przynajmniej na tyle, ile widać przez chwilę na ulicy), raczej spokojne, raczej ciche, sprawiają wrażenie nieźle zsocjalizowanych (poruszałyśmy się głównie po centrach miast, gdzie bywało tłoczno i głośno). Właściciele natomiast często stosują szarpanie jako metodę komunikacji. Właściwie, poza jedną staruszką, która przywoływała do siebie psa z radosnym entuzjazmem, tylko komunikację siłową widziałam - albo pary psioludzkie idące "bez słowa". Obrazkiem, który na długo zapamiętam jako smutno-reprezentatywny będzie facet z małym, wpatrzonym w niego psiakiem, który stanął przed przejściem dla pieszych i w ciągu kilku krótkich sekund zdążył psa kilka razy szarpnąć na dławiku oraz sprzedać mu klasycznie "cezaromilanowego" kopniaka (takiego, wiecie, piętą prawej nogi w okolice słabizny psa stojącego po lewej), jak się okazało, tylko po to, żeby pies usiadł. Szkoda, no.

Oprócz tego wstąpiłyśmy do jednego sklepu zoologicznego - i tu trochę nuda, bo było jak w osiedlowym zoologu w Polsce: parę mało ciekawych zabawek, kiepska karma, lepsza karma, podstawowy sprzęt, w tym kolczatki i łańcuszki.
Widziałam też coś, co opisane było jako "centrum domów tymczasowych i adopcji", ale niestety, była niedziela i było zamknięte.

Kusi podsumować ten zbiorek spostrzeżeń jakąś złotą myślą, ale przypomina mi się, jak krzywdzące w gruncie rzeczy byłoby wydawanie osądów na podstawie kilku dni niezbyt uważnych obserwacji. Dlatego powiem krótko: wrócę, dooglądam, dosprawdzam =).

piątek, 31 października 2014

Team Spirit Obedience

Będzie krótko, bo wiadomość taka, że przegadać jej nie ma sensu:

Wczoraj ja i Drugi Ludź, a co za tym idzie, Fenka i Spacja, zostałyśmy przyjęte do klubu Team Spirit Obedience!


(Lunka i Karolek też są w Klubie, Honorowo i zaocznie ;)).

piątek, 17 października 2014

Tropienie użytkowe w Alto Tropy

Po wielu obietnicach, wreszcie zebrałam się do napisania o tropieniu. Smacznego! =)

Nasz przygoda z tropieniem użytkowym trwa od niedawna, bo od 15 września, kiedy to rozpoczął się altowy kurs dla początkujących. Od tego czasu odbyłyśmy w Fenką trzy treningi - to mało, wiem, żeby powiedzieć coś wiążącego, ale na pewno wystarczająco, żeby mieć parę pierwszych wrażeń.

Cały kurs zaczął się wykładem, prowadzonym przez Joannę Stefańską. Dowiedzieliśmy się o podstawach: czym jest trop, jak pies go "odbiera", na czym będzie polegała nasza rola jako przewodnika psa tropiącego, jak wyglądają treningi, jaki sprzęt jest potrzebny itd. Wykład był super, jasny, poukładany i napakowany wiedzą.

Treningi na kursie podstawowym mają na celu budowanie motywacji u psa i pokazanie mu (i przewodnikowi), o co w ogóle chodzi w tej zabawie, oraz wyrobienie rytuału startowego. Ślady są więc bardzo krótkie, a pozorant zazwyczaj ucieka na oczach psa, po uprzednim nakręceniu go (dopiero dalszej jego drogi pies nie widzi i musi tropić - zależy to od psa, czasem pozorant ucieka psu schowanemu za samochód, więc jest trudniej, a czasem pies obserwuje jego drogę przez kilkanaście metrów). Przewodnik często wie, gdzie pozorant się schował - co jest wyzwaniem, bo zadaniem przewodnika jest zasadniczo "nie przeszkadzać", a chciałoby się psu czasem pomóc, podpowiedzieć... Poza tropami psy schowane są w samochodach, na szczęście mimo ciepłej jesieni temperatury na to pozwalały.

Tyle ogólników, a jak to wyglądało w praktyce?
Pierwszy trening odbywał się na osiedlu Zawady. Cały polegał na motywowaniu, więc Fenka ganiała za ciociami, które machały jej przed nosem pysznościami, a potem uciekały i dawały się znaleźć niedaleko. Podobało jej się to ogromnie, szczególnie, że wreszcie nikt na nią nie "krzyczał" za ekscytację (bo wyciszałam ją znikomo i tylko w przerwach). Skuteczność też miała niezłą. Mi się podobało, ale wydawało mi się, że coś robi nie tak, bo cały czas szła z nosem wysoko, najarana strasznie, i miałam wrażenie, że wcale nie tropi, tylko idzie na wzrok. Dopiero prowadząca, Natalia, uświadomiła mi, że jestem głupkiem, bo nie ma takiego cudu, żeby pies znalazł człowieka na wzrok po tym, gdy ów człowiek znika za rogiem i za tym rogiem chowa się dalej. Wychodziło więc na to, że Fenka całkiem ogarniała, może w swoim dzikim, rozkicanym stylu, ale ogarniała.
Dwa następne treningi nastąpiły, niestety moim zdaniem, w dwa kolejne dni - bo jeden termin wypadł mi z powodu powodów.
W sobotę tropiliśmy we Włochach. Fenka, choć po długiej przerwie, nie zapomniała zabawy tropieniowej. Pierwsze ślady miała jednak średnie, zgubiła pozorantkę i przeszła obok niej. Mnie, jak to mnie, od razu zaczęły ogarniać wątpliwości, aż nastąpił drugi ślad, który - wiem, egzaltowana jestem ;) - zachwycił mnie całkowicie i sprawił, że zrozumiałam, co ludzie widzą w tropieniu. Fenek miał znaleźć chłopca, który przeszedł przez skwerek i schował się za autem. Zaraz na wejściu na skwerek nastąpiła pora na klasyczną, treningową kupę - ona już tak ma, ekscytacja pracą = kupa. Byłam pewna, że to koniec zabawy, tak pewna, że wzięłam się za sprzątnie, jednak ledwo wyrzuciłam pełną torebkę to kosza, Fenek przykleił nos do trawy i ruszył przez skwer. Całą jego szerokość pokonał z nosem nisko, jak po sznurku dotarł do kryjówki pozoranta i bardzo się sobą zachwycił. Mi za to szczęka opadła na ziemię i nie chciała nijak się podnieść. Fenka pracowała nosem w sposób super ewidentny*! co więcej, nie rozproszyła jej fizjologia, tylko skupiła się na zadaniu i pięknie je wykonała! No zachwyt.
Niedziela zaś upłynęła pod znakiem pecha - już przed wyjściem na trening wszystko leciało mi z rąk, po drodze (w okolice Traktu Lubelskiego, więc znaną drogą) dwa razy źle skręciłam, no, masakra i zło. Pierwszy trop Fenka dostała bardzo trudny, bo nie widziała uciekającej pozorantki, tylko dostała od razu przedmiot do nawąchania i miała ruszać; w dodatku ja nie wiedziałam, gdzie pozorantka poszła. Widać było, że ogarnia słabo, wciąż pytała mnie, co właściwie ma robić. Potem ruszyła, ja za nią, wyglądała, jakby zrozumiała zadanie, doleciała do skrzyżowania, zaczęła myśleć... i bum! Treningowa kupa. Znowu. tym razem ciężko jej było wrócić do zadania, chociaż kombinowała i mam wrażenie, że myślała nad wyborem właściwej trasy, ale Natalia zarządziła ujawnienie pozorantki i schowanie się znowu. Fenka zajarała się ogromnie widokiem cioci i znalazła ją bez problemu.
Drugi ślad natomiast mnie zniszczył. Tak się złożyło, że nie wiedziałam, gdzie chowa się pozorant. Fenka za to szła niesamowicie wręcz pewnie, jak po sznurku - mimo moich wątpliwości, że idziemy całkiem nie w to miejsce. Znalazła pięknie, dostała nagrodę, pozorant znowu ucieka, ja znów nie wiem gdzie, ruszamy. Fenka idzie mocno, sprawnie, ja za nią. Skręca, ja za nią. Zwalnia, kombinuje, myśli, ja pewna, że się zgubiła. Nagle rusza galopem, skręca znowu - ja byłam już w 100% przekonana, że to nie to (a Natalia została z tyłu, więc założyłam, że nas nie widzi i dlatego nie stopuje)... I nagle Fenka znajduje kryjówkę pozoranta. Okazało się więc wyraźnie, że nie ma dyskusji, muszę w pełni zaufać mojemu psu, bo ona doskonale wie, co robi! No i ach, ależ dumna byłam...

Tropienie więc wydaje się być czymś bardzo fajnym. Tak jak je "reklamowano", buduje więź, poprawia zaufanie do psa, pewnie też na długą metę jego pewność siebie. Męczy, co jest jakoś fajne, bo choć Fenka niewybiegana jest i tak spokojna w domu, to lubię ją konstruktywnie zmęczyć. Ciężko mi się wypowiadać o jej talentach, ale zapewne podpytam o to Natalię w okolicy końca kursu.
Oczywiście, jest wada. Tropienie w takiej formie wykonuje się na dużym pobudzeniu. I z jednej strony super, bo okazuje się, że Fenka mocno pobudzona wciąż ma kontakt z mózgiem i potrafi się skupić na zadaniu. Nie jest to jednak dobre dla psa, którego planowałam wyciszać. Dlatego zamierzam skupić się na pomaganiu jej w zejściu z emocji po śladzie - czy to wyciszeniem norweskim, czy wybieganiem po całym treningu, czy kongiem, a zapewne jakąś kombinacją tego wszystkiego. Bo zależy mi na tym mózgu =).

W temacie, anegdotka: w niedzielę Fenka w aucie darła się tak, że po powrocie z cudzego śladu zastałam obok pana z telefonem, dzwoniącego na policję. Na szczęście sprawa dała się bezproblemowo wyjaśnić, pan zgłoszenie odwołał, zamieniłam jeszcze parę słów z dyspozytorem i wszystko było ok. Pan jeszcze przepraszał mnie wielokrotnie, choć tłumaczyłam mu, że dobrze zrobił i ma słuszne odruchy, a że tym razem alarm był fałszywy, to nie jego wina.
Choć sama sytuacja była zabawna, chętnie uniknęłabym podobnych atrakcji na przyszłość - oraz dla psa na pewno lepiej będzie opanować umiejętność spokojnego czekania na swoją kolej, bez darcia ryja jak zarzynane niewiemco.

Czekają nas jeszcze dwa treningi, kolejny wykład i pytanie, co dalej z tym fantem. A dalsze szkolenie, nie ukrywam, kusi...

* Ja wiem, że tropić można tez górny wiatrem i to jest ok, ale jestem dramatycznym laikiem, słabo jeszcze czytającym psa w tej pracy, i serio nie po pierwszym treningu i połowie drugiego nie wiedziałam, czy ona pracuje, czy ma farta, czy o co chodzi i co się dzieje.

wtorek, 14 października 2014

Akcja Naprawcza Fenki i obedience - czyli duma i zadowolenie

Od powrotu do obedience (z nową trenerką, Magdą Łęczycką) minęło 9 miesięcy.
Od rozpoczęcia Akcji Naprawczej Fenki na konkretną skalę - 4 miesiące.
Efekty są takie, że wczoraj bez wahania zapisałam nas na II Altowe Treningowe Przebiegi Obedience. Takie, że Magda sama to doradzała. Ba, takie, że Magda i inne Osoby, które Fenkę znają i na których opinii mi zależy, chwalą nas mocno, że widać potężne zmiany. Na lepsze.

Czy Fenka stała się nowym, innym psem? Nie. Nijak. Wciąż jest nadpobudliwa, kica, ekscytuje się, kombinuje jak koń pod górę. Potrafi się rozedrzeć jak szalona i wystartować do psa, który nadepnie jej na tęczę (określenie Patrycji Kowalczyk =)).
Ale niesamowicie wydłużył jej się czas skupienia na mnie, nie "dynda" na smyczy znudzona na treningach (a jeśli, odwołuje się bardzo sprawnie), oferuje mi swoją uwagę na spacerach częściej niż kiedykolwiek, myśli, a najważniejsze: panuje nad sobą. Potrafi zrezygnować z darcia japona w każdej niemal sytuacji. Potrafi uspokoić się, choć już zaczyna dymić do innego psa. No i tuli się jak nigdy, zrobiła się z niej przylepa: na swoich wprawdzie warunkach, o swoich porach, ale widać, że dotyk sprawia jej przyjemność jak nigdy dotąd.
Długa droga jeszcze przed nami i do obikowych trójek ;), i do - ważniejszego - pełnego zrównoważenia życiowego, ale postęp mamy naprawdę duży.

Jak to się stało? Ano, kompleksowo. Z jednej strony regularne treningi obi. Do tego okazjonalne tropienie. Ale przyznam, że nie prowadzę Fence treningów co dzień, nie tłuczemy ćwiczeń, nie szlifujemy umiejętności jak może powinnyśmy. Z drugiej strony, bardzo dużo pracuję nad wyciszaniem Małej. Przerywam jej wybuchy emocji, pokazuję, że można inaczej. Uważnie obserwuje otoczenie, i chociaż nie jest ono nijak przewidywalne i często bywa baardzo trudne, próbuję pomóc Fence radzić sobie w nim bez nadmiernej ekscytacji.
Z trzeciej strony, kiedy Magdy spytała, co robiłam, że mam efekty, powiedziałam, że dużo myślałam. I, cholera, taka właśnie jest prawda. Poświeciłam sporo czasu na poznanie, zrozumienie i po swojemu skomponowanie metody pracy z psem, życia z psem, która naprawdę mi pasuje. Przełożyło się to na coś, co Magda nazywa kultura pracy - czyli właśnie na fajny, spójny system, który motywuje psa do wszelkiego działania ze mną. Do tego robię co mogę, żeby pilnować siebie, kontrolować swoje emocje i sygnały, które wysyłam. W ten sposób mam wrażenie, że stałam się dla psa bardziej jasna, spójna, lepiej się rozumiemy. A też wkładam dużo, więcej niż kiedykolwiek pracy w czytanie tego, co druga strona chce mi przekazać.

Ech, dumna jestem. Z Fenki, z siebie, z efektów naszej wspólnej pracy. I cieszę się na to, co nadejdzie (choć coś mi mówi, że wypadałoby zwiększyć intensywność treningów, skoro za dwa miesiące zawody).

środa, 8 października 2014

Karmy OLIVER'S Petfood - testy

Produkty OLIVER's Petfood mają w Polsce jednego oficjalnego dystrybutora, jest nim zaprzyjaźniony sklep Psiesmaki.com. Już w sierpniu dowiedziałam się o ich istnieniu i postanowiłyśmy przetestować je na całym Stadzie, które jest do tego celu o tyle znakomite, że mamy spory rozrzut wiekowy, potrzeb, typów i problemów. Wreszcie, po dwóch miesiącach rzetelnego testowania, wreszcie mogę coś konkretnego napisać.

Najpierw ogólnie. Psia linia OLIVER'S Petfood to karmy zbożowe, bezzbożowe, przysmaki i suplementy. Jest to karma z tzw. wyższej półki, co oznacza między innymi, że przy produkcji spełniane są zasady systemu HACCP. Mięso pochodzi ze sprawdzonych źródeł, a dodatki są odpowiednio zbilansowane i tak dobrane, że wzmacniają odporność, poprawiają trawienie, korzystnie wpływają na stawy i sierść. Tak przynajmniej twierdzi producent.

Jak wyglądają karmy OLIVER'S w praktyce? Ano, świetnie.
Skład zachwyca. Wypróbowałyśmy trzy karmy OLIVER'S: Large Breed Start Grain Free (szczeniakową bezzbozową dla Spacki), Adult Fish Grain Free (rybna bezzbożowa dla Dużaków) i Weight Control Classic (dietetyczna zbożowa dla Lunki). Dokładny skład dostępny jest w linkach, ale w oczy rzuca się wiele jego wspaniałych cech:
- na pierwszym miejscu zawsze mięso, i to zazwyczaj suszone, więc nietracące wilgoci w procesie obróbki, a co za tym idzie, faktycznie jest go najwięcej
- wypełniaczami są albo ziemniaki w przypadku karm bez zboża, albo proso i sorgo. Co to oznacza? Że karma nie zawiera pszenicy ani soi, które często uczulają i są ogólnie mało zdrowe.
- dodatków faktycznie sporo, elegancko opisane pod kątem znaczenia dla psiego organizmu.
- karma rybna zawiera wyłącznie ryby, a nie, jak w przypadku wielu karm rybnych, dodatek tłuszczu z kurczaka. To świetna wiadomość dla alergików, bo kurczak często uczula.
- karma Weight Control jest mniej kaloryczna od klasycznej, co jest logiczne. Ale zachwyciło mnie, że jest też dużo lżejsza, przez co pies odchudzany zjada objętościowe spore porcje. Spodziewam się, że ułatwia to proces odchudzania psa, który najada się, a wciąż chudnie.
Tak więc pod kątem składu jest super.
Granulki są idealnej dla nas wielkości, mają ok. 1 cm średnicy. To może być jednak problem dla właścicieli małych psów, bo tylko karma dla szczeniąt ras innych niż duże jest mniejsza. Z plusów, nie są bardzo tłuste, nie brudzą.
Smak karm drobiowych jest chyba ok - Stado je zjada, ale bez szału. Co innego karma rybna, za którą nasze psy oraz niemało psów cudzych szaleją. Fenka ćwiczy obi głównie na własną karmę i motywacji jej nie brakuje.
Z obserwacji wynika też, że uszy są czyste, z pyszczków pachnie ok (znaczy ok, jak komu, Lucynce i Karolowi zawsze trochę śmierdzi, ale jakby mniej), oczy czyste. Kupy też lepsze niż kiedykolwiek wcześniej i jest ich wyraźnie mniej.
Karmy OLIVER'S Petfood zrobiły wielkie rzeczy dla naszych psów pod katem wizualnym. Wszystkim poprawiła się sierść (a już na Brit Care była ładna), lśni przepięknie i jakby mniej wypada. Najlepiej widać to na Karolku, który wygląda jak milion dolarów =).
Wady? Serio i uczciwie piszę, nie stwierdziłam. Poza jedną, która jest raczej obserwacją: karmy OLIVER'S, przynajmniej bezzbożowe, są chyba bardziej energetyczne niż nasze dotychczasowe, bo w pierwszej chwili wszystkie psy na nich przytyły. Nie jest to jednak poważna wada, gdyż łagodne dopasowanie porcji bardzo szybko rozwiązało problem.

Podsumowując, zalety:
+ doskonały skład bez pszenicy i soi i bez kurzego tłuszczu gdzie popadnie
+ świetnie rozwiązana karma odchudzająca
+ wygodny rozmiar granulek, nie są tłuste
+ bardzo smakowita, szczególnie rybna
+ ewidentnie świetnie działa na przewód pokarmowy
+ ogólnie dobrze się przyswaja
+ wspaniały wpływ na sierść
Wady:
- granulki może za duże dla małych psów
- karma Grain Free jest "napakowana" energetycznie, mniej aktywne psy na niej tyją

Jednym słowem, gorąco polecam!

Aha, jeszcze jedno: OLIVER'S Petfood Polska wspiera Stowarzyszenie Zwierzęta Ludziom. Wpisując przy zakupach odpowiedni kod rabatowy (który można znaleźć na fb i stronie Stowarzyszenia) nie dość, że dostaje się 10% zniżki, to jeszcze kolejne 10% wartości zakupów idzie na Stowarzyszenie.


wtorek, 16 września 2014

II Ogólnoposki Zjazd Tollerów

Się odbył. W zeszły weekend.
Nie dość, że tollerowy, to jeszcze pod hasłem "toller obikuje" - siłą rzeczy nie mogło nas zabraknąć. Dodatkowo wyciągnęłyśmy Drugiego Ludzia i Spację i tak oto Psowóz dzielnie pomknął do Białej pod Sulejowem.

Jak było?
Fajnie było!
Na pewno miło się patrzy na taką masę rudości w jednym miejscu, bardzo ciekawie porównuje, ogląda, wypytuje o linie. Super widzieć dobrych przewodników z naprawdę świetnymi psami, słucha o mnogości pomysłów na życie z psem, porównuje doświadczenia.
Aspekt ludzki też mega - ja lubię gadać, dowiadywać się, a towarzystwo dopisało. Było wesoło, bywało mądrze, no i dobrze jest w końcu połączyć obraz osoby z imieniem psa i nazwiskiem, bo do tej pory, pomiędzy facebookiem a forum, miałam z tym sporo kłopotów =).
No i czadem były gadżety. Koszulki w tym roku są jeszcze fajniejsze niż poprzednio, a w dodatku pamiątkowe, ale bardzo funkcjonalne saszetki na smaki - no, cudo.

Obikowo też ciekawie. Zawsze warto spróbować metod innych szkoleniowców, a Joanna Hewelt to, jakby nie patrzeć, jedna z największych polskich obikowych sław trenerskich. Szkoda, bo wejść była mało, wszystkiego dwa w dwa dni, ale udało nam się porobić kwadrat inaczej, niż dotychczas i podotykać podstawy. Przy okazji wyszły Fenkowe problemy z zabawkami, co jest fajną motywacją do dalszej nad tym pracy (fajną i skuteczną, bo już wczoraj pracowałyśmy nad zabawą i nie jest to moje ostatnie słowo w tej kwestii). Poza tym wystartowałyśmy w minizawodach i chociaż dość prędko odpadłyśmy, to jestem z Małej bardzo zadowolona, bo wszelka strata punktów nastąpiła wyłącznie z mojej winy, a Fenek zasuwał na pięknym skupieniu i ogromnie się starał. W ogóle podoba mi się coraz bardziej jej styl pracy, coraz mniej się rozprasza, coraz bardziej wie, po co wchodzimy na teren i co oznaczają moje słowa - więc i przyjemność z treningów coraz większa.
W dodatku jestem zadowolona z siebie, bo odpuściłam wycieczkę nad rzekę (nad którą ponad 30 podjaranych do granic tollerów aportowało z wody, screamując pod niebiosa) i konkurs pływacki - uważam, że może ze szkodą dla mojej ambicji, ale z pożytkiem dla fenkowego mózgu. Mam takie ogólne wrażenie, że coraz lepiej czytam Fenkę, coraz łatwiej przychodzi mi ułatwianie jej życia - a w zamian dostaję bardzo dużo, bo widzę, jak jej się powolutku poprawia.

Do tej beczki miodu, łyżka dziegciu. Otóż solennie przyrzekam, że będę walczyć o inną lokalizację dla przyszłorocznego zlotu. Przykro mi, ale ośrodek w Białej reprezentuje standard, który nawet dla mnie, osoby naprawdę niewymagającej, jest trudny do zaakceptowania: i nie mam na myśli przebrzmiałego uroku głębokiego PRL, bo wokół jest ładny las; nie chodzi mi o niesmaczne jedzenie, bo wzięłyśmy własny prowiant, a przywiezione przez zjazdowiczów smakołyki na grilla były fenomenalne. Chodzi o wszechobecną wilgoć, pozwalającą bujnie rozrastać się grzybom typu ścienno-sufitowego, o wszechpanujący brud i zaniedbanie. Jak ktoś powiedział - standard zakwaterowania wyraźnie promuje integrację na świeżym powietrzu. I choć brzmi to zabawnie, i żarciki-anegdoty o spaniu w panice, że jakaś cześć ciała wysmyknie się ze śpiwora i dotknie pościeli też bawią, to jednak.. no, wolałabym na przyszłość już nie.

Tym niemniej, a właściwie przede wszystkim, dobry weekend to był - i na przyszloroczny zlot już ostrzę zębiska.

I w bonusie Feneczek i Spacek w obiektywie Orange Dogs Photo:

poniedziałek, 1 września 2014

Seminarium obedience z Magdą Łęczycką, Warszawa, 30-31 sierpnia

Odkąd dowiedziałyśmy się, że Magda Łęczycka prowadzi seminarium na terenie Animaga, czyli placu kilometr od naszego domu. wiadomo było, że nas tam nie zabraknie - i tak oto spędziłam dwa dni obikując w pięknym słońcu końcówki lata.

Semi zorganizowane było tak, że najpierw odbywały się dwudziestominutowe wejście indywidualne, potem przerwa (pierwszego dnia również wykład) i trening grupowy - psów było tylko 8, a Magdzie pomagało jej 3 współtrenerów ;), więc nie było możliwości poczuć się zaniedbanym, za to dużo lepiej wykorzystaliśmy czas. Podczas indywidualnych wejść każdy, tradycyjnie, pracował nad wybranym zagadnieniem, podczas grupowych przerobiliśmy wszystkie ćwiczenia stanowiące podstawy obikowe. W międzyczasie zaś panowała atmosfera pół skupiona, pół piknikowa, można było napatrzeć się na innych, posłuchać porad Magdy, objeść słodyczami... i obejrzeć, przetestować i kupić zabawki, smakołyki i karmy ze sklepu Psiesmaki.com, który całe wydarzenie sponsorował, co było strzałem w dziesiątkę, bo nic tak nie motywuje psa, jak nowe, pyszne żarełko i nowa, ciekawa zabawka.

Tyle ogólności, pora na kwestie osobiste. Fenka jest jaka jest, szłam na seminarium z chęcią pochwalenia się efektami "norweskiej zasadniczej pozycji wyciszającej" i planem popracowania nad czasem skupienia - wyszło, jak zawsze: inaczej, ale lepiej.
Co do norweskiej zasadniczej: działa przepięknie. Pierwszego dnia wyjęłam Fenkę z klatki, kiedy  do pracy wchodził poprzedni pies i siedziałyśmy sobie bite 20 minut w przyjemnym spokoju; zastosowałam ją też w przerwie treningu i uzyskałam psa luźno leżącego, co widoczne będzie na zdjęciu poniżej. Drugiego dnia korzystałyśmy z niej podczas przerw w treningu grupowym, efekt podobnie doskonały. Zachwycam się tym faktem nieustannie.


W ogóle podejrzewam, że ktoś podmienił mi psa. Fenka nieco hałasowała na początku pierwszego dnia, ale wielokrotnie przyłapałam ją na leżeniu w klatce i spokojnym patrzeniu, jak inne psy bawią się zabawkami, obiegają i szaleją na inne wymyślne sposoby. Leżała! Ona! Nie było ani jednego dzikiego kicania z jazgotem na widok niczego. Był za to pies chętny do pracy, myślący, skupiony i naprawdę, naprawdę ogarnięty emocjonalnie. Nie jest to tylko moje wrażenie, potwierdziła je sama Magda.
Co do samego obedience, cóż, Magda spokojnie, acz stanowczo wskazała nam właściwą drogę i nie jest to droga budowania łańcuchów, ale samokontroli i tłuczenia podstaw. Przy pierwszy wejściu położyła duży nacisk na elastyczność treningu, na zaskakiwanie psa, nagradzanie i działanie w sposób dla niego nieprzewidywalny oraz, przede wszystkim, czytanie psa na bieżąco. Drugiej wejście było o zmianach pozycji i tutaj wyszła potrzeba pracy z samokontrolą; oraz o aporcie, którego nie zrobiłyśmy, bo wyszła - dla odmiany - potrzeba pracy z samokontrolą na zabawkach. Genialną rzecz zrobiły mi ćwiczenia grupowe, które dokładnie wynotowałam i mam wrażenie, że w końcu kompletnie rozumiem, jak budować podstawy. W bonusie Magda uporządkowała mi wiedzę, jak karać psa za nieakceptowalne zachowanie i bardzo mi się ta metoda podoba, bo bez nadmiernej awersji jasno komunikuje psu, że przegiął.

Co więc wyniosłam z tego seminarium?
Przede wszystkim porządek. Jeszcze nie przepisałam notatek, a już mam poczucie, że dokładnie wiem, jak zabrać się do dalszej pracy i jak ogarniać Fenkę na co dzień. Nie ma, moim zdaniem, ważniejszej rzeczy.
Po drugie, dostałam silne wzmocnienie, bo widzę, że to, co z Fenką robię, przynosi efekty, a pomoc z jej emocjami była od dawna moim priorytetem - cudownie widzieć, że jesteśmy na dobrej drodze.

Naładowana energią i z porządkiem w  głowie jestem gotowa zacząć rozdział pod tytułem jesień z obedience. A dla Was jeszcze kilka zdjęć, wszystkie podkradzione Monice z Psichsmaków.



czwartek, 28 sierpnia 2014

Wilanów Dog Park, czyli pierwszy warszawski plac zabaw dla psów

Nowy psi park, pardon, psi plac zabaw tudzież dog park, testowałyśmy ze Spacją i Fenką wczoraj. Akurat złośliwie się rozpadało, więc miałyśmy cały teren dla siebie, tak że test był dość dogłębny, ale za to zdjęć brak.

Dog Park to niewielki, ogrodzony teren przy Plaży Wilanów. Jest podzielony na dwie strefy: dla psów małych i... niemałych. W obu strefach znajdują się przyrządy do agility: tunele, regulowane hopki, slalom, kładka, palisada oraz bonusy, jak stół, okrągłe platformy czy obręcze do skoków. Do tego kilka ławek, kilka drzew i kosz na śmieci oraz tablice z instrukcją do przyrządów oraz informacjami o żywieniu i wychowaniu psów (i tutaj pluję sobie w brodę, bo się w owe tablice nie wczytywałam. Do nadrobienia.). Cały teren ma alejki elegancko wysypane żwirem, reszta zaś wysypana jest piaskiem. Póki co jest czysto i schludnie.

A opinia? Właściwie jestem rozdarta. Wilanów Dog Park to pierwsza taka inicjatywa w Warszawie. Super, że ktoś wreszcie zadbał o potrzeby psów i ich przewodników. Super, że o tym miejscu tyle się mówi, bo może po nim powstaną kolejne. Poza tym to takie okropne, dostać coś i tylko na to narzekać...
Zacznę więc od plusów.
+ że plac zabaw powstał.
+ lokalizacja - ok, to bardzo subiektywne, bo Wilanów jest południowym końcem Warszawy i nie każdemu tam blisko, ale nam akurat i owszem, więc liczę to w poczet plusów =).
+ nawierzchnia - są tacy, którzy narzekają na piasek, ale mi się podobał, jest bezpieczny i nie zniszczy się się tak szybko, jak trawa. A że w bagażniku mamy teraz piaskownicę, to naprawdę detal.
+ regulamin i opisy przyrządów - jasne, widoczne, czytelne. Nie każdy musi wiedzieć, jak korzystać z przyrządów agilitowych, a tutaj ma informacje jak na dłoni. Jedno, co mnie zastanowiło, to zakaz palenia na terenie placu zabaw, ale niem, żebym się czepiała.
+ drzewa. Nie chronią może przed deszczem, szczególnie, że na razie są młode i rachityczne, ale w słoneczne dni zapewnia jakże potrzebny cień. Poza tym hej, drzewa są fajne.

Są jednak wady i one gryzą mnie dość mocno.
- brak źródła wody - ok, może się czepiam, może ciężko to zorganizować, ale wiadomo, że pracujące i biegające psy będą spragnione (Fenka i Spacja, mimo chłodu i deszczu, wracając z placu zaczęły łakomie patrzeć na kałuże, a wcale nie przeczołgałyśmy ich jakoś ostro). Warto pamiętać o własnej.
- brak dyspensera na worki na kupy - na koszu wiszą reklamówki z papierowymi torebkami. To niby drobiazg; dobrze, że torebki są, poza tym każdy przewodnik psa powinien i tak mieć własne, ale jednak taki dyspenser byłby co najmniej estetyczny.
- brak śluzy przy furtce - pomysł nie mój, ale uważam, że to ważne. Furtka jest pojedyncza, więc można niechcący wypuścić innego psa, wchodząc. Nieładne niedopatrzenie.
- rozmiar - teren placu zabaw jest malutki. Fenka ze Spacją, szczególnie w pierwszych chwilach, kiedy biegały i zwiedzały puszczone luzem, we dwie zajmowały całkiem sporo przestrzeni. Ciężko mi wyobrazić sobie kilkanaście psów na terenie placu zabaw, no chyba, że byłyby wybitnie ogarnięte. Pochodzę, zobaczę, może się mylę, ale na oko to małe to to okropecznie.
- BEZPIECZEŃSTWO - no, tu robi się poważnie. Pozostałe wady to drobiazgi, czepialstwo i marudzenie w porównaniu z tą. Otóż, poza brakiem śluzy, który da się ostatecznie przeżyć, w oczy kłuje dramatyczny rak dbałości o bezpieczeństwo psów, przejawiający się w wykonaniu przyrządów do zabawy. Wszystkie one są metalowe, co rozumiem, że zwiększa ich trwałość i czyni odpornymi na warunki atmosferyczne, no ale... Tunele i kładki, platformy i stół są dramatycznie śliskie: byłam dumna z dziewczyn, że nie bały się po nich chodzić, ale też z niepokojem patrzyłam, jak Fenka wpada susem do tunelu i jedzie przez całą jego długość na rozjechanych łapach, rozpaczliwie trzymając balans. Równoważnia i stół są pokryte dziurkami i tutaj już nie wiem, co strzeliło do głowy autorowi tego pomysłu - moim zdaniem te dziurki idealnie nadają się do wyrywania pazurów i do niczego innego, gdyby chociaż były trochę większe... Hopki można regulować pod kątem wysokości, ale nie da się ich strącić, więc przy kiepskim skoku pies może zrobić sobie krzywdę. Obręcze do skoków to samo: są metalowe i absolutnie nieruchome, więc jak pies w nie walnie, to walnie i tylko echo pójdzie.

Jak więc podsumować ten test? No cóż.,. Na pewno do Dog Parku (swoją droga, pozwólcie, że się wyżyję - kto, do jasnej Anielki, wpadł na genialny pomysł nazwania tego w ten sposób? Plac zabaw dla psów, to źle brzmi? "Dog Park", akurat, park to to na pewno nie jest, no i po co ten angielski?) wrócimy, bo zabawa na przyrządach fajnie psa męczy, a też myślę, że dla Fenki konieczność skupienia się w sporej grupie psów będzie ważnym ćwiczeniem.
No ale właśnie. Dog Park sprawdzi się do socjalizacji, sprawdzi do ćwiczenia koncentracji, równowagi i wyciszenia. Nie jest to jednak miejsce, gdzie można psa wybiegać, nie można tam nijak rozwinąć skrzydeł - nawet, gdyby akurat było pusto, to przyrządy są zwyczajnie zbyt niebezpieczne, żeby na nich poszaleć.
Dlatego cieszę się, że takie miejsce powstało, ale mam nadzieję, że przy tworzeniu kolejnych nastąpią konsultacje z psiarzami, może sportowcami, szkoleniowcami. Bo mam wrażenie, że akurat w przypadku Wilanów Dog Park sporo pary poszło w gwizdek. No ale, pierwsze koty za płoty.

Zamiast zdjęcia mamy wizualizację ze strony sponsora, może kiedyś uzupełnię:


wtorek, 26 sierpnia 2014

Chuckit! Water Skimmer - test

Dawno zamówiony, dawno obiecany, w końcu jest - krótki wpis o tym, jak sprawdził się nam Water Skimmer od Chuckit!
Przyznam, że po entuzjastycznej recenzji, przeczytanej na blogu Heban the Hovawart, byłam na tę zabawkę nakręcona wielce. Nie mniej ode mnie nakręciła się na nią Fenka... i to, niestety, zakończyło nasz zabawy tym gadżetem po kilku testach. Niestety, woda w połączeniu z tak atrakcyjną zabawką odbiera Fence mózg, a tego teraz naprawdę nie potrzebujemy.

Zanim jednak Water Skimmer powędrował do pudła, zaobserwowałam następujące zalety:
+ fajny design, pomysł, forma dysku
+ fajne wykonanie, kolory i materiały. Zarówno niebieska guma, jak i pomarańczowy materiał są niesamowicie wytrzymałe, Fenka ostro je gryzła da rozładowania emocji, śladów brak.
+ widoczne z wielkiej odległości, nie tonie, za to trzyma się wysoko nad powierzchnią wody.
+ lekki, można daleko rzucić i wygodnie się nosi.
+ gumowa powierzchnia daje super poślizg na wodzie, przez co Skimmer (zgodnie z nazwą) najpierw parę razy podskakuje, potem jeszcze leci ślizgiem. Super dla mocnych pływaków sparowanych z kiepskim rzucaczem-przewodnikiem (jak u Fenki i mnie).
+ ogromna atrakcyjność zabawki.

Czy są minusy? Nieliczne.
- ogromna atrakcyjność zabawki. Fenka na jej punkcie oszalała całkiem dosłownie i to niedobrze; a ostrzegam wszystkich, którzy lubią psu coś do wody porzucać, że trzeba pilnować, jak bardzo pies się nakręca. Szczególnie przy tej zabawce myślę, że łatwo przesadzić z intensywnością zabawy.
- lekkość i poślizg. Paradoksalnie, te wielkie plus mogą być i minusami, bo spodziewam się, że dysk łatwo stracić, jeśli kiepsko dopasuje się siłę rzutu do możliwości psa: zasięg Water Skimmera naprawdę zdumiewa. Dodatkowo zabawka ta nie ma szans w wodzie z jakimkolwiek prądem, bo zostanie natychmiast porwana.

A tutaj jeszcze Fenka, dumnie pozująca ze Skimmerem tuż po dostarczeniu:


I robione ziemniakiem z okrasą zdjęcie z testu na Polu Mokotowskim. Efekt świecenia dysku pozostaje niewyjaśniony do tej pory =).

czwartek, 21 sierpnia 2014

Wakacyjne wojaże - FAL i obóz dogoterapeutyczny

Te wakacje można określić jednym słowem: intensywne. Wyjazdy nasze psioludzkie Stado odbyło dwa, dwutygodniowe, a pomiędzy nimi był tylko jeden dzień przerwy. Cóż takiego robiliśmy?

Najpierw wywiozło nas na FAL, do Drogomyśla pod Cieszynem. Pojechałyśmy w ograniczonym składzie, bo z psów Karolek został u moich rodziców, a Luna w swoim stałym Domu Przechowującym. Wynikało to z tego, że na obozie miało być dużo psów i nie chciałyśmy postawić się w sytuacji, kiedy non stop zajmujemy się burkami, bez czasu na cokolwiek innego - a tak mogłoby to wyglądać przy nieco awanturnych adopciakach. Plus, miałyśmy do dyspozycji namiot (na terenie obozu były domki, ale wizja mieszkania z czterema psami i kilkoma mniej lub bardziej znajomymi osobami średnio nas radowała) i to niezbyt duży, i z mieszkania tam w szóstkę mogłoby być więcej stresu, niż uciechy.
Na obozie było ponad 60 osób ludzkich, kilkanaście (12? 13?) psich i podobna liczba dzieci. Wsadzone w to wszystko nasze suki sprawdziły się zaskakująco dobrze. Z psami problemów nie miała nawet Fenka (poza okazjonalnymi burknięciami, ale to Fenka). Dzieci zostały zaszufladkowane do kategorii "spoko, ale niezbyt ciekawe" i ani Spacka ich nie pasła, ani Fenka nie ganiała i poza incydentem z kradzieżą bułki, koegzystowało im się bardzo dobrze. Dorośli były bardzo kochani (przez Spację) lub traktowani obojętnie (przez Fenkę). W namiocie też było super, bo Spacja spała grzecznie w transporterku, ale Fenka luzem - w jakiś jednak magiczny sposób od razu przyjęła do wiadomości, że ma okupować kocyk w naszych nogach i tam pozostawała aż do naszej pobudki, i dopiero wtedy przychodziła się przytulić. Dodatkowo, zachwyciła mnie faktem, że praktycznie wcale nie szczekała, a bałam się, że każdy szelest spoza namiotu będzie wywoływał burkanie.
Gdybym miła jedno zastrzeżenie do naszych suków, to to, że bardzo kiepsko wyciszają się w sytuacji, kiedy świat dostarcza wielu bodźców. Na szczęście zabrałyśmy klatki i transportery, bo puszczone luzem FenkoSpacje biegały, węszyły, eksplorowały, bawiły się, szukały żarcia itp. itd. i zasadniczo się nie kładły. W idealnym świecie, kiedyś to z Fenką przepracuję. Z drugiej strony, odkryłam, że Fenka potrafi pójść zwiedzać spory teren (i to taki, z którego niedaleko jest nad rzekę) i wrócić do mnie sama z siebie, nie krzywdząc się po drodze, nie uciekając, nie kradnąc niczego, o czym bym wiedziała i ogólnie będąc grzecznym psem. To fajne bardzo.

Po FALi ruszyliśmy - już w komplecie - na obóz dogoterapeutyczny naszego kochanego Stowarzyszenia Zwierzęta Ludziom ;-). W tym roku odbywał się w nowym miejscu, ośrodku Kormoran w Mierkach pod Olsztynkiem, nad pięknym jeziorem. Dodatkowo przez pierwszy tydzień gośćmi ośrodka była psia szkoła Psorbona i jej liczni wychowankowie, więc cóż, wrażeń nie brakowało. Dlatego postaram się pisać skrótowo.
Karolek zasadniczo był Karolkiem. Nieco dla żartu zabrałam go na testy predyspozycji do pracy w dogoterapii, które oblał, ponieważ jednak obca osoba próbująca go do czegoś zmusić w nieznanym miejscu to dla niego za dużo. Nie martwi mnie to, przynajmniej wiem. Poza tym trochę się poszkoliliśmy ku dużej przyjemności nas obojga i odkryłam, że Karol umie pracować z innymi (choć wciąż trochę mnie szuka). Była okazja do pławienia się w jeziorze, co gruby skwapliwie wykorzystał - nawiasem, on nie pływa, tylko wchodzi do wody i powoli, z namaszczeniem jakby się w niej kładzie, obraca, kręci i kokosi póki nie uzna, że koniec i nie wyjdzie. Grzecznie zostawał sam. Kontakty z psami ma poprawne, chociaż nie jest tak, ze wszystkie akceptuje - tutaj jest pole do pracy. Z minusów widzę głównie to, że jednak nowe miejsca i dużo bodźców mocno go ekscytuje i to pewnie w pierwszej kolejności powinnam przepracować, bo na ekscytację mam mocną alergię, a i dla psa nie jest to zdrowe.
Fenka zaś zaskoczyła bardzo. Zaczęłam wyjazd idiotycznie, bo zabrałam ją nad jezioro, gdzie natychmiast odmóżdżyła się całkowicie. Przełożyło się to na jej dalsze funkcjonowanie, bo na szkoleniu (a z naszych miejsc szkoleniowych do wody nie było daleko) myślała tylko o kąpieli, wchodząc od razu w nieznośne pobudzenie. Przyznaję, byłam mocno załamana. Wzięłam się jednak na spokojnie do pracy: wykluczyłam kąpiele, a na szkoleniach walczyłam o każdy moment wyciszenia i skupienia. Pomógł kliker, bo jego dźwięk przed nagrodą za jakiś drobiazg włączył małej myślenie. Ze szkolenia na szkolenie było coraz lepiej, coraz bardziej "miałam" psa - chociaż kosztowało mnie to bardzo dużo pracy nad sobą, a i zdarzały mi się błędy, bo za wysokie wymagania lub puszczenie moich nerwów kosztowało czasem utratę kontaktu z psem. Ale powoli parłyśmy do przodu.
Wiele dał nam wyjątkowy element obozu, jakim był przyjazd Norweżek z partnerskiej organizacji dogoterapeutycznej. Przejęły one prowadzenie bardziej zaawansowanej grupy i pokazały nam coś, co żartem nazywamy "norweską zasadnicza pozycją wyciszającą", a co jest fenomenalnym sposobem na wyciszenie psa w przerwach w treningu. Ten patent, w połączeniu z ich spokojem i moim, wygrzebanym z głębin ducha, zen niemal absolutnym dało piorunujące efekty - na drugi bodaj dzień Fenka spokojnie leżała, podrzemując, obok pracujących i bawiących się psów oraz jeziora! Pracowałyśmy też trochę, Norweżki pokazały nam system uczenia psa kładzenia głowy na kolanach osoby oraz obiegania przedmiotów. Wiele też zyskałam teoretycznie, nasłuchałam się o nagradzaniu, budowaniu więzi i o konieczności prowadzenia dzienniczka szkolenia. Wielki, wielki plus.

Wakacje właściwie za nami. Po raz kolejny udowodniłyśmy, że posiadanie czterech psów nie jest żadnym ograniczeniem w podróżach, a nasze psy udowodniły, że potrafią fajnie towarzyszyć. Teraz przychodzi pora na ponowne osadzenie się w domu. Bardzo chcę dalej pracować z Fenką, wprowadzić rytuał spacerowy i rozwijać się obikowo. Póki co czeka nas seminarium obedience z Magdą Łęczycką, zlot tollerowy, a międzyczasie... zobaczymy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Starmark Everlasting Treat Fire Plug - test

Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki - sklep Psiesmaki.com dał nam do testowania zabawkę Everlasting Treat Fire Plug firmy Starmark. Dostałam wersję dużą, dla psów powyżej 20 kg masy ciała, z prośbą "daj Karolkowi, niech sprawdzi, czy faktycznie jest niezniszczalna". Wzięliśmy się więc za testowanie.

Sama zabawka wygląda jak na zdjęciu poniżej. Jest spora, ma cztery otwory, przez które można nasypać i wyjeść smakołyki, a po obu końcach miejsce na Everlasting Treat Starmarka, czyli sporych rozmiarów, twardy psi przysmak (na opakowaniu Fire Plug jest skład tegoż przysmaku i wynika z niego, że jest zrobiony ze składników wyłącznie roślinnych, głównie z soi i ryżu, czyli nie jest mniej zdrowy, niż rozmaite klasyczne gryzaki). Materiał, z którego wykonana jest zabawka, producent opisuje jako "praktycznie niezniszczalny" i "mocniejszy od gumy". Przed testami stwierdzić mogłam zaledwie, że ładnie pachnie, nie czuć go chemią ani, właśnie, gumą.


Pan Tester Karol dostał zabawkę i wziął się do roboty. Tutaj warto wspomnieć, że Karolek jest wybitnym niszczycielem zabawkowym (co ponoć często zdarza się psom w typie TTB). Ma na sumieniu rozwalenie na kawałki dwóch klasycznych kongów, podstępnie podebranych sukom oraz kości Kong Goodie Bone z serii Extreme, więc niby super-hiper-odpornej, nie wspominając o licznych pluszakach i co najmniej jednym bucie. Sprawia wręcz wrażenie, że niszczenie jest jego ulubiona formą zabawy, bo od pierwszych chwil zaatakował Fire Plug ostro i z wyraźnie destrukcyjnymi zamiarami - widać to dobrze na zdjęciu poniżej, które dokumentuje mamlanie krawędzi zabawki trzonowcami.


Cały test potrwał około pół godziny. Widać było, że przysmak umieszczony w zabawce jest ciekawy i smaczny, Karol parokrotnie poświęcał długą chwilę na lizanie go i skrobanie zębami. Niestety, głównym jego zajęciem pozostało niszczenie i ostatecznie Fire Plug rozstał się z garścią kawałków:


Przy okazji Karolek zdołał uwolnić Everlasting Treat, który poddany obróbce szczękowej szybko przestał być wieczny, bo został pożarty w kilka minut (ale ewidentnie smakuje).

Wniosek? Niestety, Everlasting Treat Fire Plug nie nadaje się dla psów z tendencją do niszczenia zabawek i z mocnymi szczękami - mimo sugestii producenta, nie opiera się potężnemu gryzieniu.
Co na plus? Na pewno to, że zabawka jest bardzo zajmująca, a Everlasting Treat smakowity, przyjemnie się go oblizuje i obgryza.
Po testach Karolka, nadpsuty Fire Plug wypełniłam karmą i dałam po kolei suniom. I tutaj ogromna zaleta tej zabawki: zainteresowała je wszystkie, w tym niezabawkową Lunę. Daje psom możliwość wykazania się inwencją przy wydobywaniu smakołyków, bo można je wylizywać (jak Luna), można turlać zabawkę, dzięki czemu wysypują się przez otwory (tak robiła Spacja), a także nią podrzucać (w tym celowała Fenka, z wielkim zacięciem zrzucająca Fire Plug z kanapy). Żałuję, że Karol zjadł Everlasting Treat, bo uważam, że smakołyk podobałby się dziewczynom.

Podsumowując: niestety, właściciele psów niszczycielskich muszą wciąż poczekać na bezpieczną i odporną zabawkę, umilającą samotny czas ich psom. Wszystkim innym jednak z czystym sumieniem polecam Everlasting Treat Fire Plug, ponieważ zapewnia psu zróżnicowaną (Everlasting Treat można lizać, co wycisza, wydobywanie smakołyków ze środka może być ciekawym wyzwaniem, ale można też zabawkę napchać pasztetem czy innym mazidłem, jak kong) i bezpieczną rozrywkę na długi czas.
Poważnie rozważam zastąpienie Fire Plugami popsutych przez Karolka kongów.

sobota, 5 lipca 2014

Akcja Naprawcza Fenki - kontrowersje

Opublikowanie wczorajszego wpisu na facebooku zaowocowało bardzo ciekawą dyskusją. W dyskusji tej kilka osób sugerowało mi wyeliminowanie z pracy z Fenką aportowania i wody, jako pobudzaczy. Myślałam nad tym i wysmażyłam epickiej długości komentarz, który po edycji (żeby bardziej pasował do charakteru bloga) wrzucam i tutaj, bo stanowi ważny dla mnie zapis przemyśleń, których mam w obecnej sytuacji niemało i które może finalnie coś dadzą.

Zastanawiam się bardzo bardzo nad proponowanym przez dziewczyny wykoszeniem wody i aportowania. Z jednej strony mają oczywiście rację, że eliminacja pobudzaczy może psa zrównoważyć. Z drugiej jednak...
Jakoś kołacze mi się po głowie słowo "cel". Myślę sobie, że w moim przypadku celem nie jest zrobienie z Fenki spokojnego psa, człapiącego przy nodze i nie pobudzającego się, bo to nierealne (i chyba bym tego nie chciała). Ja chcę, żeby RADZIŁA SOBIE z emocjami, żeby panowała nad sobą, żeby nie traciła głowy albo bardzo szybko ją odzyskiwała. Chcę pokazać jej, że ekscytacja po pierwsze do niczego dobrego nie prowadzi, po drugie że da się z nią walczyć. Czy to ma sens?
Jeśli ma sens, to nie wiem, na ile odcięcie psa od bodźców pobudzających jest dobrym pomysłem. Bo w sytuacji, kiedy takowych bodźców nie ma, Fenka już jest dość idealna - w domu śpi, w ogródku u rodziców śpi albo spokojnie łazi, sielanka. Dopiero bodziec wyzwala ekscytację (w sensie, Fenek jest psem nadpobudliwym, ale nie aż tak nadpobudliwym, jak skrajne przypadki, o których czyta się, wpisując w wyszukiwarkę hasło "pies nadpobudliwy").
No i teraz jestem rozdarta.
Z jednej strony, mogę próbować odciąć ją od pobudzaczy i wprowadzać je stopniowo, kiedy się wyciszy (w perspektywie kilkumiesięcznej zapewne). Jest to opcja, chociaż na moje oko nieprawdopodobnie trudna, bo Fenkę potrafi pobudzić cokolwiek - inny pies, ptaszek, motylek, biegacz, rower, walizka na kółkach... Nie chcę być tą osobą, która mówi "przepracowałabym problem mojego psa, ale to za trudne i mi się nie chce", ale "odbodźcowanie" Fenki wydaje mi się niemal nierealne. Plus nie siedzę całe wakacje w domu, przede mną dwa obozy, na obu będą psy i dzieci. No i co wtedy z ćwiczeniem obi? Praca (dowolna właściwie) też Fenkę pobudza. Mogę oczywiście przerwać te ćwiczenia, ale czy powinnam? I myślę też, przez analogię do pracy z psem rzucającym się na inne psy: takie psy izoluje się od innych, uczy skupienia na przewodniku, a potem stopniowo dozuje kontakt z innym psem. Tylko tę pracę może rozwalić i cofnąć dowolny pies, podbiegający znikąd. Jeśli podobnie będzie z pracą nad pobudzeniem, a tu potencjalnych rozwalaczy jest znacznie więcej, to ja nie wiem.
Z drugiej strony, mogę działać tym systemem, który do tej pory ułożyłam sobie w głowie - systemem, w którym wystawiam Fenkę na bodźce pobudzające, ale pod kontrolą i na ściśle określonych zasadach - a właściwie na jednej zasadzie, to znaczy: pies ekscytujący się nie ma nic z życia. Wydaje mi się (chociaż mogę się okrutnie mylić), że to może przy cierpliwości i konsekwencji przynieść wymierne korzyści, bo w praktyce uczę psa panowania nad sobą, a zarazem nie odbieram jej rzeczy, które lubi. Ma więc motywację, staje przed jasnym wyborem (cytując Magdę Ł.), czy jedzie drogą emocji, które nic nie dają, czy drogą myślenia i panowania nad sobą, które otwierają drogę do wszelkich radości życiowych. A ja oczywiście ułatwiam jej podjęcie właściwej decyzji dozując w miarę możliwości bodźce, stosując odpowiedni ton, ruch, manewry wyciszające z jedzeniem itp.

Temat pozostaje otwarty.

piątek, 4 lipca 2014

Akcja Naprawcza Fenki - praca z nadpobudliwym psem

Od połowy maja prowadzę "akcję naprawczą" Fenki. Postanowiłam ją opisać - częściowo dla siebie, częściowo, żeby móc usłyszeć uwagi od innych psiarzy, a wreszcie trochę dla innych, którzy mogą mieć podobny problem.

Dlaczego ta akcja? Bo Fenka zrobiła się nadpobudliwa, za szybko wchodzi na zbyt intensywne emocje, które praktycznie uniemożliwiają jej znośne funkcjonowanie (z tego powodu jeszcze przed końcem roku szkolnego wycofałam ją z pracy w dogoterapii - na zajęcia może chodzić tylko pies w 100%, jak na żywą istotę, przewidywalny). Po wykluczeniu większości powodów zdrowotnych pozostaje praca nad behawiorem. Problemy najbardziej objawiają się poza domem. W domu Fenka jest znośna, poza atakami szczekania na odgłosy z zewnątrz (pracujemy nad tym również, ale nie szczeka zawsze i na wszystko, więc problem nie jest aż tak poważny) i nieco histerycznym bronieniem się przed innymi psami, kiedy coś jej się nie podoba (to też jest przepracowywane, od jakiegoś czasu na przykład Fenka dostaje smakołyki za każdym razem, kiedy Spacja wchodzi do domu, bo zdarzało się jej brzydko obszczekiwać małą w drzwiach). Jednak większość czasu spędzonego w domu po prostu przesypia; jeśli nie śpi, też jest bezproblemowa, nie prezentuje żadnych obsesyjnych czy wynikających z nadmiaru emocji zachowań (poza powyżej opisanymi).

Dlatego skupiłam się przede wszystkim na spacerach. Postanowiłam, że mała będzie wychodzić regularnie, najlepiej codziennie, na długie spacery, mające na celu zarazem wyciszenie, jak i możliwość spuszczenia emocji. Najlepsza do tej pracy jest woda, bo Fenek kocha aportowanie z pływaniem, kocha tak bardzo, że sama wiedza, że jesteśmy w pobliżu zbiornika wodnego, odłącza jej mózg i wprowadza na najwyższy poziom pobudzenia. Daje to więc dobrą okazję do osiągania obu celów.
Tak więc na spacery chodzimy do okolicznych parków. W drodze do staram się pilnować luźnej smyczy, problemem jest jednak pobudzenie Fenki od razu po wyjściu z klatki schodowej (bo w domu i na klatce uczę ją czekać i się uspokajać) - dlatego zastanawiam się nad spuszczaniem jej tuż obok domu na krótką chwilę, żeby pierwsze pobudzenie mogła wybiegać. Po drodze też wypatruję "zagrożeń" - Fenek nabrał brzydkiego zwyczaju spuszczania emocji poprzez jazgotanie na ruchome obiekty (rowery, rolkarzy, hulajnogi, biegaczy), więc do mnie należy wyprzedzanie jej i, zanim podejmie decyzję o jazgocie, ułatwienie jej podjęcia innej i nagrodzenie za to.
W samym parku stosuję żelazną zasadę, że do wody pies idzie, kiedy odzyska mózg. Na początku pracy wystarczało mi, że Fenka wykonała kilka komend (co jakoś świadczy o panowaniu nad sobą), ale Do słusznie zwróciła moją uwagę na fakt, że komendy sucz wykonuje w ogromnym pobudzeniu, a ja chcę pomóc jej z emocjami, więc to za obniżenie emocji powinnam nagradzać. Dlatego po wejściu do parku teraz siadam i czekam. Staram się nie gadać do psa, poza luźną komendą "połóż się", a do tego daję jej coś do jedzenia (rozsypane smakołyki, ostatnio tchawica, a hitem okazał się wysmarowany serem gryzak. Pewnie i tak wygra Kong.) Piękne jest to, że ta metoda działa - już kolejny raz, wprawdzie po próbach wyrwania się i koncertach w najlepszym tollerowym stylu, Fenka w końcu odpuściła, położyła się i zajęła jedzeniem, a po zjedzeniu nie rzucała jak szalona do wody. Takie uspokojenie nagradzam spuszczeniem ze smyczy i zwolnieniem do kąpieli. (I uwaga, na efekty czekam czasem 15, czasem 20 minut, więc cierpliwość jest tutaj konieczna).

Fenka na Polu Mokotowskim obrabia gryzak z serkiem. Zdjęcie ziemniaczane, ale widać, że leży kilkanaście metrów od jeziorka i zajmuje się zabawką, a nie szarpaniem i wrzaskami.

Potem następuje aportowanie z wody, przeplatane komendami, żeby cały czas istniało połączenie między Feneczką a mózgiem Feneczki i żeby podtrzymać w niej przekonanie, że myślący pies dostaje nagrody, a pies odmóżdżony nie ma nic. Zdarza mi się też co kilka rzutów chować zabawkę i wyjmować ją znowu dopiero, kiedy Fenka zajmie się czymś innym (węszeniem, piciem, chodzeniem); czasem też przerywam aportowanie w połowie i zarządzam przerwę na wyciszenie: zapinam psa na smycz, siadam, kładę Fenkę i daję jej jedzenie.

Druga sesja gryzakowa z przerwie w pływaniu. Fajnie, bo Fenek zajął się zabawką od razu, bez namawiania.

Po pływaniu mamy spacer swobodny, żeby spuścić emocje podbite bieganiem za zabawką. Czasem przerywam ten swobodny spacer treningiem, czasem tylko chodzimy. Pilnuję tutaj mocnego rozróżnienia, kiedy jest spacer, a kiedy praca i Fenka sprawia wrażenie, że to rozumie, bo nie zaczepia mnie i nie wymusza mojej uwagi tak, jak kiedyś.
Powrót do domu jest już spokojny, właściwie przyjemny - nie muszę pilnować luźnej smyczy, sucz jest wyraźnie spokojniejsza. W domu, na zakończenie, pakuję Fenkę do klatki i daję jej tam coś do jedzenia (to wymyśliłam zainspirowana przez Anię od Hixa, która twierdzi, że "spalona miska" może podkręcać psa, który wciąż próbuje "wypracować" jedzenie - taka garść chrupek w klatce całkiem "za darmo" jest definitywnym sygnałem końca zadań).

No i co? Czy widzę efekty? W końcu pracujemy już kolejny, czwarty tydzień, czy coś się zmienia?
Skłamałabym, pisząc, że bardzo tak. Fenka wciąż się pobudza. Wciąż odmóżdża na widok wody. Wciąż ciągnie na smyczy. Wciąż drze, za przeproszeniem, ryja.
Skłamałabym jednak bardziej, pisząc, że nie. Coś się dzieje. Powoli spada liczba dzikich jazgotów na różne obiekty (na dwóch ostatnich spacerach wyniosła równe 0). Znalazłam sposób, żeby Fenka się wyciszała. Również trenuje nam się dużo lepiej, jest bardziej skupiona i chętna do działania razem. Gdzieś na marginesie wypracował nam się piękny aport prosto do ręki. A co najważniejsze, podoba mi się działanie tym systemem, chce mi się chodzić na te spacery, chce mi się kombinować, coraz bardziej ulepszam metody docierania do tej rudej głowy. Wracałam ze spacerów wściekła i/lub załamana, teraz wracam wesoła i chcę więcej.
Poważną analizę efektów planuję wykonać na jesieni, wtedy też okaże się, jak z naszą działalnością terapeutyczną.
A kolejną przed zimą, na wiosnę i za rok =).

piątek, 6 czerwca 2014

Trzecie urodziny Feneczka!

Nie wiem, znowu nie mam pojęcia, jak to się stało. Jak to trzy lata? Kiedy??
Ale takie są fakty - Fenek urodził się 6 czerwca 2011 roku w Czechach i dziś kończy trzy lata, kończąc oficjalnie (choć teoretycznie) okres młodzieńczy. Jest dorosłym sukiem, chociaż chyba nie ma o tym pojęcia.

Trzy lata to taki moment w życiu psa, kiedy powinno być najlepiej - więź z przewodnikiem jest wypracowana, młodzieńcze głupoty parują z głowy, ciało w pełni wykształca, pies staje się dorosły, choć wciąż młody, i najlepiej nadaje się do wszystkiego. No, w przypadku Feneczka, nope. Stała się bardziej przytulasta, to wszystko, a czy to wynika z dorastania - ciężko orzec. Okazuje się, że pierwszy pies nie ma lekko. Odkryłam w tym roku masę braków, które mamy, nie w wyszkoleniu, ale w podstawach, sprawach życiowo-pracowych. No i po długich zmaganiach z chorym brzuchem (jak się okazuje, nie do końca zażegnanych, ale to inna bajka) wyszedł inny problem, dziwne, niezdiagnozowane jeszcze ekscytacje. Zamiast więc stać u progu dorosłości, jesteśmy w takim dziwnym punkcie, kiedy z jednej strony straszy niepewność o zdrowie małej, z drugiej trzeba wiele spraw załatwić jak ze szczeniakiem. Ech, takie jesteśmy, dziwne.

Nie znaczy to jednak, że zaczynam ten rok w złym nastroju. To był ciekawy rok. Wiele się zmieniło, z podwojeniem liczby psów i ludzi w domu na czele. Spróbowałyśmy dogtrekkingu (Dog Orientu ściślej), wróciłyśmy do obedience. To plusy.
A największym plusem jest to, że spojrzałam na Fenkę w nowy sposób. Przypomniałam sobie, jaka jest ważna. Znalazłam nową motywację do pracy z nią. Wreszcie wiem (tak, trzy lata za późno może, ale wreszcie), jak chciałabym przekazywać jej pewne rzeczy, jak chcę, żeby nasza naszość wyglądała; praca z Magdą Łęczycką bardzo wiele mi dała, a tez dorosłam trochę w psioludzkim sensie, nauczyłam się uważniej słuchać, odpuszczać, cieszyć się tym, co jest. Zwracam an Fenkę jeszcze więcej uwagi i znacznie lepiej ją rozumiem. A przy tym, mimo świadomości, jak wiele rzeczy mogłam zrobić lepiej już dawno, nie załamuję rąk, bo wiem, że Fenek psem nieszczęśliwym na pewno nie jest i że będzie tylko lepiej.

Jutro ruszamy na weekendowy wywczas do lasu, a potem, cóż - sądzę, że będziemy dalej toczyć nasze nienormatywne życie =). Sto lat, Feneczku!