poniedziałek, 9 października 2017

Rajska niedziela

Banalna prawda jest taka, że są miejsca, gdzie chce się wracać, gdzie wraca się możliwie najczęściej i gdzie ludziom i zwierzom jest po prostu dobrze. My mamy to proste szczęście, że mamy takie miejsce całkiem niedaleko od domu.


Dlatego w sobotni wieczór starsze psy zostały odstawione do Dziadków (ku zachwytowi wszystkich zainteresowanych stron), a my i młode suki ruszyłyśmy bladym świtem na wyprawę.


I cóż, do raportowania jest sumie niewiele. Jest za to wiele powodów do zachwytu.
Zachwyca mnie, że Fenka i Spacka wprawdzie na dzień dobry mocno drą ryjka, ale po chwili akceptują obcego psa w aucie.
Ekstra był fakt, że Fenka puszczona ze smyczy dogaduje się w psami naprawdę fajnie - owszem dosadnie i głośno oznajmia, kiedy jej coś nie pasuje, ale robi to mimo wszystko akceptowalnie. Oraz rozczulał mnie widok Fenki śpiącej pod stołem obok obcego psa oraz bawiącej się w wariackiego ganianego, z którego na jedno zawołanie meldowała się przy mnie.


(A w ogóle, to ten pies, mający na imię Wienia, jest mega do Fenki podobny! Nieco mniej z wyglądu, ale z ruchów, zachowania, pomysłów... Kosmos!)
Strasznie fajne jest samo miejsce, to, że można pójść na spacer, puścić dziewczyny luzem, że one się bezproblemowo przywołują, że biegają i widać, że są ogromnie szczęśliwe.


I wreszcie, naprawdę mnie cieszy, że kiedy samochód odmówi dalszej jazdy 40 kilometrów od domu i to dość późno w nocy, nasz psy spokojnie akceptują fakt, że trzeba jechać obcym autem (i to lawetą!) i wprawdzie Spacka przez chwilę próbuje zaczepiać kierowcę (bo to taki super wujek!), to jednak obie błyskawicznie uznają, że tak ma być i idą spać.

Dumna jestem z tych naszych suk i dobrze mi z nimi ogromnie!

sobota, 2 września 2017

Dogtrekking z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu i Fundacją Razem - 02.09.2017, relacja na gorąco!

Nasz start w tej imprezie o jakże długiej nazwie podsumować można krótko: przybyłyśmy, połaziłyśmy, zaskoczyłyśmy!

Sam udział naszego teamu stał pod znakiem zapytania aż do dzisiejszego poranka, bo zależał od mojego samopoczucia i od pogody - świt jednak nie całkiem paskudny zastał mnie w niezłym stanie, więc ruszyłyśmy. I od razu niespodzianka - zamiast dojechać z dwugodzinnym zapasem, jak mam w zwyczaju, na miejscu wylądowałyśmy 20 minut przed odprawą, więc czasu było akurat, żeby się odmeldować, pobrać pakiet startowy, ogarnąć plecak i mapnik i ruszać.

Fenek jest Fenkiem, więc już w drodze na start zwróciła na siebie uwagę chyba całej stawki, miotając się na końcu amortyzowanej linki jak oszalała makrela. A na starcie trochę zrzedła mi mina, bo okazało się, że pierwszy kawałek trasy to zejście bardzo stromym zboczem - miałam więc natychmiastową wizję, jak lecę za tą makrelą na łeb, na szyję... Na szczęście udało się zejść bez przygód i ruszyłyśmy na wschód w siąpiącym deszczu, szybko napotykając dylemat: ugotować się, ale pozostać względnie suchą, czy zdjąć kurtkę i przemoknąć?
W dodatku odkryłyśmy smutną prawdę: mapa szła sobie, a drogi sobie i nie istniało żadne połączenie między nimi. Co więcej, pierwszy punkt kontrolny (PK, na przyszłość) na mapie był zaznaczony dwukrotnie, na odprawie jedna z lokalizacji została nam wskazana jako nowa i poprawna... a złośliwy PK1 był w starej i ominięcie go pewnym krokiem kosztowało nas jakieś 400 metrów cofki i nadrabiania. Tak samo stało się z PK3 (na dole posta znajduje się mapa, przy użyciu której można sobie wszystko unaocznić): szukaliśmy (z przemiłą parą z foksterierami) go znacznie dalej, niż faktycznie był.
Przejście miedzy PK3 a PK4 z początku wyglądało nieźle, ale potem droga prowadziła mocno zarośniętym nasypem i tutaj na głos powiedziałam: "Gdybym była sama" - bo szłam razem z foksterierowymi - "nigdy bym się na tę drogę nie zdecydowała". Myśl ta, w dodatku zwerbalizowana, wpędziła mnie w mały kryzys, szczególnie, że wydało mi się, że godzina już późna (było około południa, a deadline dojścia na metę wypadał o 15), a telefon pokazywał, że za nami już ponad 5 km przy nieimponującym dystansie na mapie. Przez moment zastanawiałam się, czy dam radę sama znaleźć punkty, czy nie zmylą mnie nieistniejące drogi, czy nie zostanę na trasie do nocy... A potem zagryzłam zęby, pożegnałam foksterierowych i na skuśkę przez las ruszyłam do szosy i dalej na PK9.
Przy samej dziewiątce los zesłał mi dobrego ducha w postaci innego zawodnika, który uprzejmie poinformował mnie, że przestrzeliłam punkt o parędziesiąt metrów, wskazał kierunek i pocieszająco dodał, że sam zrobił wielkie koło, żeby go znaleźć (a wszystko to mogło mieć związek z powtarzającym się schematem "na mapie jest droga, w realu jest las").
Tutaj dostałam szwungu i ruszyłam ostro na PK10, znajdując go dokładnie tam, gdzie się go spodziewałam i przy okazji pozdrawiając kolejny raz Pana Dobrego Ducha.
Droga z PK10 do PK8 wyglądała już dokładnie tak, jak planowałam i dodało mi to skrzydeł, na których pofrunęłam dalej, do PK7 i gładko do PK5 - w końcu ścieżki układały się tak, jak na mapie, samotność z Fenką i dobrą muzyką była przemiła, leciałyśmy. Radość i sielanka, mimo pięty, którą obtarłam w okolicy drugiego kilometra i o której chwilowo nie myślałam, ale miałam przeczucie, że przyjdzie mi za to zapłacić.
W drodze na PK6 bez sensu spytałam napotkaną rodzinę, czy punkt tam jest, co jakoś idiotycznie odebrało mi pewność i prędkość, bo z ich odpowiedzi wywnioskowałam, że jest blisko, a nie był (a trzeba było czytać mapę!). W dodatku przy PK6 cały mój plan się wysypał, bo na mapie punkt ten znajdował się przy przecince, prowadzącej dalej jak strzelił do PK2 (ostatniego na mojej trasie), a w rzeczywistości... tak, zgadliście, żadnej przecinki nie było. Miałam do wyboru cofnąć się do ostatniej, równoległej drogi, albo lecieć na przełaj i tę drugą opcję wybrałam. I tutaj znowu coś nade mną czuwało, bo znalazłyśmy po drugiej stronie szosy niepozorny skręt w las, który okazał się prostą drogą do PK2.


Od tego momentu czekał nas tylko krótki powrót na metę - jak się okazało, najmniej przyjemny fragment trasy, bo wzdłuż szosy. Tym niemniej, kiedy dotarłyśmy na metę i oddałam kartę, usłyszałam "No bardzo ładnie, będziesz druga albo trzecia" - i absolutnie nie mogłam w to uwierzyć.

A jednak. Podczas dekoracji okazało się, że faktycznie zajęłyśmy z Rudzikiem trzecie miejsce, zgarniając medal, świńskie ucho i piłkę-ażurkę-smakulkę w jedynie słusznym kolorze pomarańczowym. Nie ukrywam, to dobra motywacja, żeby kontynuować przygodę z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu w nowym sezonie...

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wakacje w 4 psy, czyli wiejskie burki atakują

Sierpień się kończy, wakacje skończyły, pora na podsumowania.

Tegoroczne wakacje były dla krzakowej ekipy nietypowe, bo bardzo dużo czasu (aż trzy tygodnie) spędziliśmy razem, w szesnaście łap i cztery nogi. Obecność starszych psów, które mają swoje wymagania dotyczące towarzystwa, sposobu spędzania wolnego czasu, ograniczenia związane z zamykaniem i przebywanie samotnie i masę innych uwarunkowań wydawała mi się wstępnie wyzwaniem - okazało się jednak, że całkiem niepotrzebnie.

Oba wyjazdy z całą czwórką wcelowałyśmy w idealne miejsca. Najpierw byłyśmy pod Ciechanowem, potem pod Augustowem, oba razy u znajomych w pięknych, ale niezbyt wychuchanych domach stojących na ogrodzonym terenie pod lasem - i okazało się to absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Miałam obawy, że puszczone luzem "na ogród" psy będą zachowywać się nieoptymalnie: że Luna będzie obsesyjnie polować, Gruby się zgubi i zrobi sobie krzywdę, a Fenka ze Spacją będą idiotycznie biegać do upadłego i dłużej, szkodząc sobie na emocje. Niepotrzebnie się martwiłam, okazało się, że nasza wesoła czwórka to idealne podwórzowe burki. Luna wprawdzie spędzała trochę czasu na uwięzi, bo kopała w poszukiwaniu drobnych gryzoni, ale za to chodziła po terenie bardzo radośnie i widać było, że czerpie masę przyjemności z niewymuszonego, ale i mało limitowanego ruchu. Karolek w skupieniu badał nowe okolice, po czym szlajał się radośnie - czasem, bo głównie jednak skupiał się na wygrzewaniu w słońcu i spaniu. Spacka i Fenka zaskoczyły mnie najbardziej, bo bardzo pięknie wzięły odpowiedzialność za siebie i popisywały się samoregulacją (w ogóle nie jest tak, że piszę te słowa myśląc o mojej pracy zawodowej ;)): biegały po terenie mało, spały dużo - choć na pewno pomogły im regularne, długie spacery po lasach i polach.




Ostatni etap wakacji wyglądał tak, że staruszki zostały z moimi rodzicami, a z nami pojechały tylko młodsze suki - wynikało to z tego, że jechałyśmy pod namiot i w towarzystwo innego psa. I znowu, same plusy: okazało się, że Spacka potrafi spać w namiocie luzem (do tej pory sypiała w pudełku), dając nam cudownie dużo miejsca, oraz że Fenka bez smyczy potrafi dogadywać się z innymi psami bardzo elegancko. Pozytywnie zaskoczyli mnie też moi rodzice, bo z dwutygodniowego pobytu Luna wróciła tak samo szczupła, jak gdy wyjechała - Karolek zaś uroczo "stłustł", zwłaszcza urosło mu karczycho =).



Plusem tych wakacji był też wolny czas, który wykorzystałam na uporządkowanie w głowie i na papierze wielu psich spraw. Ale o tym, drodzy moi, w następnym odcinku...

sobota, 25 marca 2017

Seminarium dummy z Susann Reinke i Maike Böhm, 17-18.03.2017

Ach, cóż to był za weekend! Rekordowe zimno, deszcz, śnieg, grad, krótkie minuty słońca i grupa szaleńców, stojąca na polu i ze skupieniem wpatrująca się z psy, noszące w pyskach materiałowe wałki - innymi słowy, dumikowe seminarium z Susann Reinke i Maike Böhm.

Jechałam na to semi jako obserwatorka, z ciekawości - miałam zerowe doświadczenie z dummy poza rzuceniem go parę razy Fence (na pierwszym zlocie tollerowym, kiedy miałyśmy się o dummy uczyć, nie wyszłyśmy poza chodzenie w kółko przy nodze). Wiem też, że ruda boi się wystrzałów, więc niezbyt widziałam nas na "prawdziwym" treningu, o zawodach nie wspominając. Uznałam jednak, że posiadanie retrievera do czegoś w końcu zobowiązuje i postanowiłam nie przegapić okazji do zobaczenia, jak na dummy pracują specjalistki od tollerów.

Teoria
Seminarium zaczęło się od wykładu - i już tutaj start był z wysokiego C, bo nie dość, że wszyscy dostaliśmy profesjonalne materiały, to jeszcze prowadzące (mówiła głównie Susann, Maike dopowiadała) urzekły wiedzą, znajomością tollerów, ale przede wszystkim poczuciem humoru i perfekcyjną umiejętnością naśladowania psów (a, jak wiadomo, mówienie psim głosem świadczy o najwyższym poziomie zrozumienia psiej psychiki ;)). Wykład miał trwać trzy kwadranse, przeciągnął się do półtorej godziny i nie żałowałam ani chwili.
Już podczas wykładu jasne dla mnie było, że Susann i Maike proponują metodę nie tylko idealnie dostosowaną do tollerowych mózgów (spokój, równowaga, zaskakiwanie, wyciszanie, bycie zawsze o krok przed psem), ale też bardzo spójną z moją wiedzą obediencową i tak lubianym przeze mnie stylem trenowania.

Praktyka
Sobota i niedziela były dniami ćwiczeń praktycznych, co oznaczało codzienne spędzanie po 8 godzin na dworze =). Nie chcę opisywać dokładnie, co się działo, ale - mówiąc w skrócie - praktyka była całkowicie spójna z teorią. 
Na dwóch grupach po 4 psy, podzielonych pod kątem zaawansowania, Susann i Maike pokazały nam wszystkie aspekty treningu dummy: od podstaw, które można robić już ze szczeniakiem, po zaawansowane podpuchy i pracę na duże odległości.
Okazuje się, że między dummy a obi jest znacznie więcej podobieństw, niż możnaby podejrzewać. Dummy także ma zestaw podstaw, z których buduje się ćwiczenia. Również należy zwracać ogromną uwagę na równowagę pomiędzy przeróżnymi aspektami pracy. W obu sportach frajda dla teamu ma znaczenie fundamentalne. Tak samo liczy się timing nagradzania, planowanie treningów, skupienie na raz na jednym tylko kryterium wykonania zadania, jasny system komunikowania się z psem... długo by wymieniać, ale te podobieństwa całkowicie mnie "kupiły".
Ogromnie ciekawe są też różnice. W dummy przykłada się, co logiczne, znacznie większą wagę do samodzielności psa, bo są zadania (głównie szukanie), przy których człowiek na nic się nie zda. Ważna jest też "wewnętrzna" motywacja psa: Susann kilkakrotnie powtarzała, że nie ma możliwości zmusić psa do czegokolwiek, kiedy znajduje się sto metrów od nas. Dummy jest też pracą mocno bazującą na psich instynktach, tak że kilka razy moje pytania, wynikające z obedience'owego doświadczenia, spotykały się z odpowiedzią "można tak tego uczyć, ale nie trzeba: wystarczy zaufać psu, że sam znajdzie najlepsze rozwiązanie".
Zaufanie było zresztą wspominane wielokrotnie. Susann i Maike przedstawiają dummy jako budowane na wzajemnym zaufaniu w wielu aspektach, bo zarówno człowiek ufa psu, oddając mu zadania, z którymi sobie nie poradzi, jak i pies ufa człowiekowi, że ten wie, co mówi i że warto go słuchać.

Pieski!
Poza wiedzą, wchłanianą na tony, seminarium było też okazją do pooglądania różnych psów (tollerów oraz znajomej nam skądinąd goldenki Inez). I tutaj kolejna fala zachwytów: o dummikujących tollerach słyszałam wiele złego, głównie od ich właścicieli - jakie to są hałaśliwe, nieopanowane, nieogarnięte... A tutaj niczego takiego nie widziałam. Może to zasługa ćwiczeń, proponowanych przez prowadzące, ale psy pokazały się z naprawdę świetnej strony i mam wrażenie, że wszyscy przewodnicy mogli wyjść z porządnym planem dalszej pracy.
Wisienką na torcie były pokazy pracy psów Susann i Maike - pięciu tollerów, głównie w moim ukochanym, szczurowatym typie. Pokazy nie miały nic z chwalenia się, były merytorycznie wplecione w seminarium jako ilustracja proponowanych ćwiczeń - tym niemniej robiły piorunujące wrażenie. Najbardziej zapadła mi w pamięć półtoraroczna suczka Maike, wykonująca samodzielne przeszukanie lasku i w kosmicznym tempie przynosząca pięć dummy. Na filmiku mamy zaś Mikę, psa Susann, prezentującego skomplikowane połączenie wysyłania, zatrzymania, memory (czyli aportu z pamięci) oraz szukania.

Filmik autorstwa Agnieszki Matejczuk

Wnioski
Cóż, są proste. Fenka być może nigdy nie weźmie udziału w zawodach, ale zamierzam wprowadzić elementy (możliwe, że całkiem duże) treningu dummy do naszej codzienności - i zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi.
Czekam też na kolejne spotkanie z Susann i Maike i na podobne imprezy, bo w ten weekend bardzo mocno czułam wspólnotę z innymi tollerowcami i radość ze spędzania czasu na zdobywaniu wiedzy o użytkowym aspekcie naszej rasy.

Tutaj ogromne podziękowania należą się prowadzącym, ale także Gosi i Krzyśkowi Prażanowskim, którzy seminarium zorganizowali. Dzięki!

wtorek, 7 marca 2017

Podsumowanie stycznia i lutego, czyli najgorsza blogerka świata

Widać, że zawodową blogerką raczej nie zostanę, bo pisanie regularnie wydaje się być dla mnie całkowicie nieosiągalnym wyczynem.
Może to też wynikać z faktu, że niewiele się u nas działo - tak, to szokujące, ale można przez 2 miesiące nie zrobić niczego epickiego.
Chronologicznie, było tak:

Chory człowiek

No właśnie. Ja mam niestety traumy z dzieciństwa, polegające na tym, że każde niemal przeziębienie kończyło się zapaleniem oskrzeli albo płuc. Z tego wynika, że o ile mogę, to w chorobie staram się maksymalnie unikać możliwości pogorszenia i biedne psy skazuję na łaskę innych albo wręcz na ćwiczenia w domu. Tak było w te miesiące znacznie częściej, niż bym chciała, bo styczeń wiązał się z tygodniem spędzonym w domu, w łóżku i na antybiotyku. W lutym zasmarkanie nie chciało mnie opuścić przez dłuższy czas. Winę najchętniej zwaliłabym na smog, ale myślę, że istnieje drugi czynnik, o którym zaraz.

Zapracowany człowiek

Przyznaję się, nie bez świadomości popełnienia błędu, że za dużo i za intensywnie pracowałam. Miało to wpływ na moje zdrowie, a także na godziny powrotów do domu i siłę, jaką po powrocie miałam na psy.
Dobra - dla mnie, dla futer, może i dla bloga - wiadomość jest taka, że zmieniłam czas pracy od marca i codziennie wracam do domu o przyzwoitej porze i w stanie dość dobrym, by działać.

Trening na hali

Pod koniec stycznia testowaliśmy krytą, wypasioną halę piłkarską. W skrócie: wow. Szerzej: Fenka zachwyciła mnie faktem, że szukała wzmocnienia w pracy, skupiała się jak tylko umiała mimo trudnych warunków (w pewnej chwili na boisku obok zaczęły latać głośne drony!), ignorowała pięknie blisko biegające czy przechodzące psy... Dopiero zwolniona do odpoczywania zaczynała nerwowo reagować na otoczenie. Fascynujące, że psiak delikatnego psychicznie (ekhem, histeryczny, tak naprawdę) znajduje w pracy coś, czym można zająć głowę i ufa mi na tyle, żeby pracować, zamiast "walczyć" z otoczeniem.
Mam materiały filmowe, kiedyś je obrobię (haha, ile razy pisałam takie rzeczy?) i chętnie opublikuję.

Ferie

Pora roku taka, że internety zostały zalane postami o feriach, planach na ferie, planach "na po feriach" i w tematach pokrewnych. A ja, biedna sierotka (tutaj oczywiście udaję, że nie jestem uprzywilejowana w stosunku do osób pracujących poza edukacją i ferii niemających wcale ;)), miałam ferii tylko tydzień i spędziłam je na... remontowaniu domu. Psy zyskały więc nową przestrzeń na klatki, trochę luzu w salonie - i tyle. Niestety, epickie wyprawy poczekają.

Adopciny Karola i wizyty na hali

Wierzyć samej mi się nie chce, ale ten czarny paskud jest ze mną już cztery lata - a to oznacza, że teraz z każdym dniem jest dłużej domny, niż bezdomny.
Trochę z okazji remontu, a trochę adopcin zabrałyśmy na trening wszystkie cztery psy i ogromnie dobrze mi się z Grubym pracowało: skubany, po wstępnym skołowaniu, umie włączyć mózg i trzepać znane komendy jak dzielny żołnierz!
Na wyjściu z hali spotkało nas jednak nieprzyjemne wydarzenia, ponieważ Fenka i Spacja ostro się spięły. Jednak od tego wydarzenia minęły już trzy tygodnie bez powtórki, zakładamy więc, że przyczyną konfliktu było nagromadzenie zmian (remont, 4 psy na hali, urojka Spacji, hormony brane przez Fenkę).

Miałyśmy, już tylko z pracującymi sukami, dłuższą posiadówę na hali (dzięki, Monika, Ania, Magda i - przede wszystkim - Jagna) i powiem tak: niewiele jest lepszych sposobów na spędzenie czasu, niż mieszanka treningu, a'la seminaryjnej obserwacji innych, dobrego jedzenia i gadania!

Marzec już się zaczął, ale co robiłam przez ten tydzień, opiszę na początku kwietnia. Zapowiada się też materiał o seminarium dummy i reportaż z dłubania obikowych detali. Trzymajcie kciuki za moją systematyczność pisania!

sobota, 14 stycznia 2017

Dziennik treningowy

Czyli o tym, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Zeszyt treningowy oczywiście mam, prowadzony od początku naszej przygody obikowej. Mam tam opisane wszystkie treningi, mam plan treningowy przygotowania do jedynek (samodzielnie zrobiony, całkiem dumna jestem z niego).
Wiadomo jednak (wiadomo?), że dziennika treningowego nie prowadzi się po to, żeby był. On jest po to, żeby do niego wciąż wracać, wyciągać wnioski, wymyślać nowe rzeczy na podstawie starych, a także po to, żeby PLANOWAĆ. I przyznam, że z tym było u mnie mocno na bakier. Dlaczego?
Głównie dlatego, że z systematycznością zawsze byłam na bakier. Zeszyt mam, owszem, ale okazało się, że wybierałam robienie szybkiej notatki w telefonie zamiast zabierania owego zeszytu na trening ze sobą. Co gorsza, obiecywałam sobie, że po powrocie do domu notatki przepiszę - i na obietnicach się kończyło. A skutkowało to nieprzygotowaniem do treningu, niepewnością, co chcę ćwiczyć, ogólnym chaosem, który pięknie przekładał się na obraz naszej pracy.

Szkodliwym przyzwyczajeniom mówię więc DOŚĆ! Poświęcam spory kawałek tego weekendu na przepisanie notatek z telefonu na papier, zanalizowanie dotychczasowej pracy i opracowanie nowego planu treningowego (o którym napiszę pewnie osobny wpis, bo podpatrzyłam u Siv Svendsen genialny patent i będę próbowała go wykorzystać). Następnie wywalam wszystkie notatki z telefonu i już nigdy nie zamierzam pojawić się na treningu bez papierowego dziennika, a także spróbuję mieć gotowy pomysł na to, nad czym chcę pracować.
Jesteście ciekawi, jak mi to wyjdzie? Ja bardzo =).

czwartek, 5 stycznia 2017

Spacerowo

Najtrudniej jest mi wyjść.
To jest jak kula u nogi, jak mackowaty potwór, który trzyma i nie chce puścić; to jakby próg mieszkania miał pięć metrów wysokości i zasiek z drutu kolczastego na czubku. W głowie pojawia się jakieś dwadzieścia osiem wymówek.
"Jest zimno/Jest gorąco". "Pada". "Jest strasznie sucho". "Byłyśmy na spacerze wczoraj". "Pójdziemy na dwa razy dłuższy spacer jutro". "Za dwa dni trening, a to nawet lepsze od spaceru". "Jestem zmęczona". "Jest za wcześnie, wyjdę wieczorem". "Jest późno, wyjdę jutro". "Nie chcę zostawiać reszty stada samych w domu". "Mogłabym teraz czytać/grać na kompie/albo coś".
Mam też w zanadrzu inne. Zawsze coś się znajdzie.

A jednak, kiedy już się uda pokonać ten straszliwy próg, a wcześniej ruszyć z kanapy, ubrać siebie i psa - to wtedy zawsze okazuje się, że było warto. Okazuje się, że spacer z psem to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie można robić, i to zupełnie niezależnie od pogody i pory dnia. Przypominam sobie, że uwielbiam te wspólne chwile z Rudą (a czasem i ze Spacką albo Karolem), kiedy możemy iść swoim tempem, robić co nam się podoba, zwiedzać, zażarcie dyskutować o napotkanych zjawiskach i po prostu cieszyć się tym, co jest. Spacer zawsze świetnie robi mi i na głowę, i na ciało, daje radość, energię, czasami przyjemne zmęczenie, zawsze satysfakcję.

Uwielbiam spacery z psami, choć nienawidzę na nie wychodzić.
Planuję częściej pamiętać o tej pierwszej prawdzie.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podsumowanie grudnia

Nasz grudzień w pewnym sensie trwał aż do dzisiaj - a to przez ciągnące się sprawy zdrowotne Karola Grubereusza. Był to miesiąc zbierania się, ogarniania i czucia lepiej, dzięki któremu w Jakże Niezwykle Ważny Nowy Rok wchodzę z nową, bardzo potrzebną energią. Zapraszam na szczegóły naszego krzakowego grudnia!

Zdrowie Fenki

Zaczęło się niezbyt obiecująco: z okazji szczepienia przeciwko wściekliźnie spytałam doktora Pawła o fenkowe nocne posikiwanie. Od słowa do słowa doszło do badania USG, które jasno wykazało, że Fenka ma hormonalne nietrzymanie moczu, czyli klasyczną przypadłość suk sterylizowanych. Z jednej strony, nie ucieszyło mnie to w oczywisty sposób, w drugi ucieszyło o tyle, że dobrze mieć diagnozę i móc reagować. Reakcja polegała na podaniu serii tabletek, które ustabilizować miały poziom fenkowych hormonów - teraz będziemy patrzeć, czy posikiwanie nie wraca i w razie czego podawać tabletki dalej.
Cóż, bywa i tak.

Zdrowie Karola

Karolkowy grudzień (i dzień dzisiejszy) jest doskonałym przykładem powodu, dla którego wybucham ponurym rechotem za każdym razem, kiedy ktoś mówi coś po linii "po co wydawać pieniądze na psa z hodowli, ze schroniska mam za darmo, a kundle są najzdrowsze".
Zaczęło się jeszcze w listopadzie opuchniętym, załzawionym okiem. Z powodu nieciekawych godzin urzędowania doktora Pawła poszliśmy wtedy do okolicznego weta, dostaliśmy steryd i miało być dobrze. Kiedy jednak zamiast "dobrze" zrobiło nam się znacznie gorzej, wylądowaliśmy u Pawła, który z pomocą głupiego jasia zdiagnozował u Karola paskudny wrzód na rogówce. Przy okazji obejrzał też jego zęby (Grubego, nie wrzoda, wrzód na szczęście zębaty nie jest) i stwierdził, że konieczna jest "sanacja jamy ustnej", na którą umówiliśmy się na dziś.
Bilans zdrowotny Karolka jest obecnie taki, że wrzód z rogówki schodzi elegancko na skutek bohaterskiego zakrapiania po minimum 3 razy dziennie (tutaj ukłony należą się mojej mamie, która kropiła z zaskoczenia podczas naszego wyjazdu, o którym zaraz); Gruby ma też usunięte dwa zęby. Jednym z nich był nadłamany od przed adopcją kieł, pod którym tworzyła się już przetoka do jamy nosowej - interwencja była więc ze wszech miar słuszna i w porę.
Na leczenie wydałam zaś sumę prawie czterocyfrową, co osobiście traktuję jako naturalny element mania psów, ale dedykuję ten fakt głosicielom tezy cytowanej kilka akapitów wyżej =).

Wyjazd do Cieszyna

Wyrwałyśmy się do Cieszyna między Gwiazdką a Sylwestrem i przyznam, że był to pomysł genialny. Starsze psy miały wakacje u moich rodziców, co daje szczęście wszystkim zaangażowanym stronom, my zaś i Bliźniaczki miałyśmy kilka dni niczym nieograniczonego chodzenia na długie spacery w nowym terenie i wylegiwania się na nieswoich kanapach. Bardzo nam wszystkim przydał się taki malutki reset, sukom również jako rozrywka przed Sylwestrem.
Więcej zdjęć można zobaczyć na fanpage'u, ale tutaj malutka zajawka:


Sylwester

Nawet z czysto ludzkiego punktu widzenia nie jestem fanką tej imprezy - doroczny przymus bawienia się najlepiej ze wszystkich sześciuset pięćdziesięciu znajomych na fejsbuku bojkotuję już od jakiegoś czasu. Odkąd zaś okazało się, że Fenka, delikatnie mówiąc, nie jest fanką wystrzałów, staramy się spędzać końcówkę roku gdzieś w dziczy.
W tym roku się to nie udało, dlatego Nowy Rok witałyśmy z domu, wyposażone w Bojowy Zestaw Przetrwania Fajerwerków. Składał się na niego hydroksyzyna, podawana Fence i Lunie już od 29 grudnia, zasłonięte prześcieradłem (z braku rolet w salonie) okna, zamrożone kongi serwowane o 23:45 oraz puszczana głośno i nieprzerwanie playlista, na której brylowały głównie Adele, Lady Gaga i Beth Hart - wszystko z dodatkiem w postaci dobrego serca i głosu koleżanki, która w kryzysowych momentach śpiewała własną paszczą, żeby zagłuszyć kanonadę na dworze. Miks ten sprawdził się bardzo dobrze, Luna spokojnie wychodziła się wysikać, Fenka reagowała tylko na naprawdę głośne strzały i nawet wtedy dawała przekierować swoją uwagę na zabawę szarpakiem. Mimo to w przyszłym roku planuję wrócić w głuszę, bo Warszawa na przełomie roku to jakiś koszmar.

Cała reszta

Jak pisałam na początku tego wpisu (a było to chwilę temu ;)), grudzień miał dla mnie ogromną wartość, że pozwolił mi się pozbierać.
Mam spokój, że psy są zdrowotnie ogarnięte i zadbane. W dodatku skończył się okres coraz krótszych dni, jesień już się przetoczyła, będzie tylko lepiej. Mówi to nawet endomondo, które po załamaniu w październiku i listopadzie odnotowało w grudniu podobne wyniki, jak w czerwcu. Tutaj wypada chyba przyznać się, że plan przejścia 1000 km w rok z hukiem padł na pysk. Mam jednak wnioski, mam nowe siły...
Styczniu, nadchodzimy!