poniedziałek, 5 września 2011

dzień 37 - low key

Dzisiaj cicho i spokojnie. Spacery króciutkie, ale walczę o czystość w domu głównie, poza tym dzień taki, że ja głównie czytam, Fenka głównie śpi.
Poza tym wykorzystujemy spacery do nauki. Pracujemy nad przywołaniem, nad drobnymi komendami, nad zabawą, a wszystko w kierunku ćwiczenia skupienia i wzmacniania więzi.

Ponieważ wpis wyszedł krótki, osłodzę go zdjęciem psa w klatce na skołtunionym kocyku:


niedziela, 4 września 2011

dzień 36 - edukacja

Dzisiaj było tyle wrażeń, że nie ma 22, a ja ledwo siedzę przy komputerze i spać mi się chce okrutnie.

Byłyśmy na drugim dniu DCDC, znowu było cudownie i przeciekawie.

Poza tym, wciąż Pole. I wciąż masa psów, i odkryłam, że moje Fajne Zwierzę po pierwsze, zasypia wszędzie, gdzie akurat ma ochotę, po drugie, podobnie je (jest małojadkiem, ale jak je, to je). Po drugie, strach przed psami znika powoli. Najlepszym dowodem była wariacka zabawa z jakąś małą sunią, kiedy to puściłam jej smycz i latała jak szalona. Po trzecie, pływa. I tutaj pora na po czwarte, czyli najniesamowitsze - skubana chyba naprawdę mnie lubi. Jasne, rozprasza się, ale przyłazi na zawołanie, marudzi, kiedy ją zostawiam i w ogóle taka jakaś dość zainteresowana jest. Udam, że mnie to nie wzrusza wcale. Właśnie z pływaniem było tak, że dała się zachęcić dopiero, kiedy miała przepłynąć do mnie przez wąski kanałek. Pomarudziła i, asekurowana przez niezwykle dzielną Magdę, popłynęła. Fajny pies, no.

A zaczęłam od tyłu, bo najważniejsze było rano, ale postanowiłam zostawić na koniec. Otóż poszłyśmy do przedszkola i chociaż może jeszcze nie rzucę się do polecania, podoba mi się ono bardzo. Teren ogrodzony, a to już ważne. Ładny zresztą teren. No i przede wszystkim, super prowadzenie, jak na razie, zajęć. Trenerka wzięła na bok mnie i drugą panią, która dopiero zaczynała, wypytała nas o mnóstwo rzeczy (co pie umie, co chcemy, żeby umiał, jakie mamy plany na przyszłość z psem, a nawet, czemu ta, nie inna rasa - swoją drogą, rozpoznała w Fence tollera i uśmiała się nad imieniem, bo poznała się na żarcie językowym). Potem ćwiczyłyśmy siad, przywołanie, zabawę z psem i odwołanie od zabawy - niby niewiele na godzinę zajęć, ale sporo było teorii (fajnie bardzo opowiedzianej), sporo też odpoczywania (dla psów, bo upał). Poza tym dla mnie zysk ogromny, bo cudownie przystopowano mnie w moim zapędzie "ja wiem, ja umiem, ja czytałam, więc mój pies NATYCHMIAST będzie najlepszy, bo się inaczej zasmutkuję". Figa. Jest wolniej, jest spokojniej, poprzeczka wymagań praktycznie leży na ziemi, chodzi o kontakt, zabawę i spokojną, logiczną konsekwencję. Dla mnie bomba.

sobota, 3 września 2011

dzień 35 - zachwyty i wzruszenia

Tytuł posta może pretensjonalny, ale czuję się usprawiedliwiona.
Byłam dzisiaj, rzecz jasna z Fenką, na finale DCDC. Oznacza to, że cały dzień niemal spędziłyśmy na Polu Mokotowskim w otoczeniu psów i psiarzy, mała socjalizując się, ja głównie zachwycając.
Sam konkurs... brak słów. Najkrócej opisze to fakt, że oglądając jeden z freestyle'i (pies zwał się Lexus, imienia przewodnika niestety nie pomnę), zwyczajnie się wzruszyłam. Ewolucje ewolucjami i momentami poziom zapierał dech, ale najwspanialsze było cudowne porozumienie pana i psa i radość bijąca od obu. Zachwyt, no!

A obok i poza tym zachwyciłam się Fenką. Ślicznie mi się zwierzątko socjalizuje, uczy się odpoczywać w hałasie, chodzić na smyczy, pić i jeść w zgiełku...
A najcudowniejsze, że przestaje bać się innych psów! Wyraźnie zależy to od rozmiaru, duże wciąż są nieco straszne, ale kiedy dzisiaj zaczęła waracko bawić się z jakimś pinczeropodobnym psiakiem, mały włos znowu się nie popłakałam.

Cudownie mieć psa. Uświadomiłam sobie dziś, że o czymś takim, dniu takim jak ten, marzyłam od lat.

Edit: Oczywiście zapomniałam, że mamy inny sukces: woda! Feniasta wlazła do wody sama, potem wskoczyła (z niepokojąco wysokiego murku), potem właziła znów... jeszcze nie pływa, ale zanurzyła się na granicy utraty gruntu. Wiecie, co było? ZACHWYT!!