Sierpień się kończy, wakacje skończyły, pora na podsumowania.
Tegoroczne wakacje były dla krzakowej ekipy nietypowe, bo bardzo dużo czasu (aż trzy tygodnie) spędziliśmy razem, w szesnaście łap i cztery nogi. Obecność starszych psów, które mają swoje wymagania dotyczące towarzystwa, sposobu spędzania wolnego czasu, ograniczenia związane z zamykaniem i przebywanie samotnie i masę innych uwarunkowań wydawała mi się wstępnie wyzwaniem - okazało się jednak, że całkiem niepotrzebnie.
Oba wyjazdy z całą czwórką wcelowałyśmy w idealne miejsca. Najpierw byłyśmy pod Ciechanowem, potem pod Augustowem, oba razy u znajomych w pięknych, ale niezbyt wychuchanych domach stojących na ogrodzonym terenie pod lasem - i okazało się to absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Miałam obawy, że puszczone luzem "na ogród" psy będą zachowywać się nieoptymalnie: że Luna będzie obsesyjnie polować, Gruby się zgubi i zrobi sobie krzywdę, a Fenka ze Spacją będą idiotycznie biegać do upadłego i dłużej, szkodząc sobie na emocje. Niepotrzebnie się martwiłam, okazało się, że nasza wesoła czwórka to idealne podwórzowe burki. Luna wprawdzie spędzała trochę czasu na uwięzi, bo kopała w poszukiwaniu drobnych gryzoni, ale za to chodziła po terenie bardzo radośnie i widać było, że czerpie masę przyjemności z niewymuszonego, ale i mało limitowanego ruchu. Karolek w skupieniu badał nowe okolice, po czym szlajał się radośnie - czasem, bo głównie jednak skupiał się na wygrzewaniu w słońcu i spaniu. Spacka i Fenka zaskoczyły mnie najbardziej, bo bardzo pięknie wzięły odpowiedzialność za siebie i popisywały się samoregulacją (w ogóle nie jest tak, że piszę te słowa myśląc o mojej pracy zawodowej ;)): biegały po terenie mało, spały dużo - choć na pewno pomogły im regularne, długie spacery po lasach i polach.
Ostatni etap wakacji wyglądał tak, że staruszki zostały z moimi rodzicami, a z nami pojechały tylko młodsze suki - wynikało to z tego, że jechałyśmy pod namiot i w towarzystwo innego psa. I znowu, same plusy: okazało się, że Spacka potrafi spać w namiocie luzem (do tej pory sypiała w pudełku), dając nam cudownie dużo miejsca, oraz że Fenka bez smyczy potrafi dogadywać się z innymi psami bardzo elegancko. Pozytywnie zaskoczyli mnie też moi rodzice, bo z dwutygodniowego pobytu Luna wróciła tak samo szczupła, jak gdy wyjechała - Karolek zaś uroczo "stłustł", zwłaszcza urosło mu karczycho =).
Plusem tych wakacji był też wolny czas, który wykorzystałam na uporządkowanie w głowie i na papierze wielu psich spraw. Ale o tym, drodzy moi, w następnym odcinku...
Ach, cóż to był za weekend! Rekordowe zimno, deszcz, śnieg, grad, krótkie minuty słońca i grupa szaleńców, stojąca na polu i ze skupieniem wpatrująca się z psy, noszące w pyskach materiałowe wałki - innymi słowy, dumikowe seminarium z Susann Reinke i Maike Böhm.
Jechałam na to semi jako obserwatorka, z ciekawości - miałam zerowe doświadczenie z dummy poza rzuceniem go parę razy Fence (na pierwszym zlocie tollerowym, kiedy miałyśmy się o dummy uczyć, nie wyszłyśmy poza chodzenie w kółko przy nodze). Wiem też, że ruda boi się wystrzałów, więc niezbyt widziałam nas na "prawdziwym" treningu, o zawodach nie wspominając. Uznałam jednak, że posiadanie retrievera do czegoś w końcu zobowiązuje i postanowiłam nie przegapić okazji do zobaczenia, jak na dummy pracują specjalistki od tollerów.
Teoria
Seminarium zaczęło się od wykładu - i już tutaj start był z wysokiego C, bo nie dość, że wszyscy dostaliśmy profesjonalne materiały, to jeszcze prowadzące (mówiła głównie Susann, Maike dopowiadała) urzekły wiedzą, znajomością tollerów, ale przede wszystkim poczuciem humoru i perfekcyjną umiejętnością naśladowania psów (a, jak wiadomo, mówienie psim głosem świadczy o najwyższym poziomie zrozumienia psiej psychiki ;)). Wykład miał trwać trzy kwadranse, przeciągnął się do półtorej godziny i nie żałowałam ani chwili.
Już podczas wykładu jasne dla mnie było, że Susann i Maike proponują metodę nie tylko idealnie dostosowaną do tollerowych mózgów (spokój, równowaga, zaskakiwanie, wyciszanie, bycie zawsze o krok przed psem), ale też bardzo spójną z moją wiedzą obediencową i tak lubianym przeze mnie stylem trenowania.
Praktyka
Sobota i niedziela były dniami ćwiczeń praktycznych, co oznaczało codzienne spędzanie po 8 godzin na dworze =). Nie chcę opisywać dokładnie, co się działo, ale - mówiąc w skrócie - praktyka była całkowicie spójna z teorią.
Na dwóch grupach po 4 psy, podzielonych pod kątem zaawansowania, Susann i Maike pokazały nam wszystkie aspekty treningu dummy: od podstaw, które można robić już ze szczeniakiem, po zaawansowane podpuchy i pracę na duże odległości.
Okazuje się, że między dummy a obi jest znacznie więcej podobieństw, niż możnaby podejrzewać. Dummy także ma zestaw podstaw, z których buduje się ćwiczenia. Również należy zwracać ogromną uwagę na równowagę pomiędzy przeróżnymi aspektami pracy. W obu sportach frajda dla teamu ma znaczenie fundamentalne. Tak samo liczy się timing nagradzania, planowanie treningów, skupienie na raz na jednym tylko kryterium wykonania zadania, jasny system komunikowania się z psem... długo by wymieniać, ale te podobieństwa całkowicie mnie "kupiły".
Ogromnie ciekawe są też różnice. W dummy przykłada się, co logiczne, znacznie większą wagę do samodzielności psa, bo są zadania (głównie szukanie), przy których człowiek na nic się nie zda. Ważna jest też "wewnętrzna" motywacja psa: Susann kilkakrotnie powtarzała, że nie ma możliwości zmusić psa do czegokolwiek, kiedy znajduje się sto metrów od nas. Dummy jest też pracą mocno bazującą na psich instynktach, tak że kilka razy moje pytania, wynikające z obedience'owego doświadczenia, spotykały się z odpowiedzią "można tak tego uczyć, ale nie trzeba: wystarczy zaufać psu, że sam znajdzie najlepsze rozwiązanie".
Zaufanie było zresztą wspominane wielokrotnie. Susann i Maike przedstawiają dummy jako budowane na wzajemnym zaufaniu w wielu aspektach, bo zarówno człowiek ufa psu, oddając mu zadania, z którymi sobie nie poradzi, jak i pies ufa człowiekowi, że ten wie, co mówi i że warto go słuchać.
Pieski!
Poza wiedzą, wchłanianą na tony, seminarium było też okazją do pooglądania różnych psów (tollerów oraz znajomej nam skądinąd goldenki Inez). I tutaj kolejna fala zachwytów: o dummikujących tollerach słyszałam wiele złego, głównie od ich właścicieli - jakie to są hałaśliwe, nieopanowane, nieogarnięte... A tutaj niczego takiego nie widziałam. Może to zasługa ćwiczeń, proponowanych przez prowadzące, ale psy pokazały się z naprawdę świetnej strony i mam wrażenie, że wszyscy przewodnicy mogli wyjść z porządnym planem dalszej pracy.
Wisienką na torcie były pokazy pracy psów Susann i Maike - pięciu tollerów, głównie w moim ukochanym, szczurowatym typie. Pokazy nie miały nic z chwalenia się, były merytorycznie wplecione w seminarium jako ilustracja proponowanych ćwiczeń - tym niemniej robiły piorunujące wrażenie. Najbardziej zapadła mi w pamięć półtoraroczna suczka Maike, wykonująca samodzielne przeszukanie lasku i w kosmicznym tempie przynosząca pięć dummy. Na filmiku mamy zaś Mikę, psa Susann, prezentującego skomplikowane połączenie wysyłania, zatrzymania, memory (czyli aportu z pamięci) oraz szukania.
Filmik autorstwa Agnieszki Matejczuk
Wnioski
Cóż, są proste. Fenka być może nigdy nie weźmie udziału w zawodach, ale zamierzam wprowadzić elementy (możliwe, że całkiem duże) treningu dummy do naszej codzienności - i zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi.
Czekam też na kolejne spotkanie z Susann i Maike i na podobne imprezy, bo w ten weekend bardzo mocno czułam wspólnotę z innymi tollerowcami i radość ze spędzania czasu na zdobywaniu wiedzy o użytkowym aspekcie naszej rasy.
Tutaj ogromne podziękowania należą się prowadzącym, ale także Gosi i Krzyśkowi Prażanowskim, którzy seminarium zorganizowali. Dzięki!
Widać, że zawodową blogerką raczej nie zostanę, bo pisanie regularnie wydaje się być dla mnie całkowicie nieosiągalnym wyczynem.
Może to też wynikać z faktu, że niewiele się u nas działo - tak, to szokujące, ale można przez 2 miesiące nie zrobić niczego epickiego.
Chronologicznie, było tak:
Chory człowiek
No właśnie. Ja mam niestety traumy z dzieciństwa, polegające na tym, że każde niemal przeziębienie kończyło się zapaleniem oskrzeli albo płuc. Z tego wynika, że o ile mogę, to w chorobie staram się maksymalnie unikać możliwości pogorszenia i biedne psy skazuję na łaskę innych albo wręcz na ćwiczenia w domu. Tak było w te miesiące znacznie częściej, niż bym chciała, bo styczeń wiązał się z tygodniem spędzonym w domu, w łóżku i na antybiotyku. W lutym zasmarkanie nie chciało mnie opuścić przez dłuższy czas. Winę najchętniej zwaliłabym na smog, ale myślę, że istnieje drugi czynnik, o którym zaraz.
Zapracowany człowiek
Przyznaję się, nie bez świadomości popełnienia błędu, że za dużo i za intensywnie pracowałam. Miało to wpływ na moje zdrowie, a także na godziny powrotów do domu i siłę, jaką po powrocie miałam na psy.
Dobra - dla mnie, dla futer, może i dla bloga - wiadomość jest taka, że zmieniłam czas pracy od marca i codziennie wracam do domu o przyzwoitej porze i w stanie dość dobrym, by działać.
Trening na hali
Pod koniec stycznia testowaliśmy krytą, wypasioną halę piłkarską. W skrócie: wow. Szerzej: Fenka zachwyciła mnie faktem, że szukała wzmocnienia w pracy, skupiała się jak tylko umiała mimo trudnych warunków (w pewnej chwili na boisku obok zaczęły latać głośne drony!), ignorowała pięknie blisko biegające czy przechodzące psy... Dopiero zwolniona do odpoczywania zaczynała nerwowo reagować na otoczenie. Fascynujące, że psiak delikatnego psychicznie (ekhem, histeryczny, tak naprawdę) znajduje w pracy coś, czym można zająć głowę i ufa mi na tyle, żeby pracować, zamiast "walczyć" z otoczeniem.
Mam materiały filmowe, kiedyś je obrobię (haha, ile razy pisałam takie rzeczy?) i chętnie opublikuję.
Ferie
Pora roku taka, że internety zostały zalane postami o feriach, planach na ferie, planach "na po feriach" i w tematach pokrewnych. A ja, biedna sierotka (tutaj oczywiście udaję, że nie jestem uprzywilejowana w stosunku do osób pracujących poza edukacją i ferii niemających wcale ;)), miałam ferii tylko tydzień i spędziłam je na... remontowaniu domu. Psy zyskały więc nową przestrzeń na klatki, trochę luzu w salonie - i tyle. Niestety, epickie wyprawy poczekają.
Adopciny Karola i wizyty na hali
Wierzyć samej mi się nie chce, ale ten czarny paskud jest ze mną już cztery lata - a to oznacza, że teraz z każdym dniem jest dłużej domny, niż bezdomny.
Trochę z okazji remontu, a trochę adopcin zabrałyśmy na trening wszystkie cztery psy i ogromnie dobrze mi się z Grubym pracowało: skubany, po wstępnym skołowaniu, umie włączyć mózg i trzepać znane komendy jak dzielny żołnierz!
Na wyjściu z hali spotkało nas jednak nieprzyjemne wydarzenia, ponieważ Fenka i Spacja ostro się spięły. Jednak od tego wydarzenia minęły już trzy tygodnie bez powtórki, zakładamy więc, że przyczyną konfliktu było nagromadzenie zmian (remont, 4 psy na hali, urojka Spacji, hormony brane przez Fenkę).
Miałyśmy, już tylko z pracującymi sukami, dłuższą posiadówę na hali (dzięki, Monika, Ania, Magda i - przede wszystkim - Jagna) i powiem tak: niewiele jest lepszych sposobów na spędzenie czasu, niż mieszanka treningu, a'la seminaryjnej obserwacji innych, dobrego jedzenia i gadania!
Marzec już się zaczął, ale co robiłam przez ten tydzień, opiszę na początku kwietnia. Zapowiada się też materiał o seminarium dummy i reportaż z dłubania obikowych detali. Trzymajcie kciuki za moją systematyczność pisania!