czwartek, 8 marca 2012

dzień 222 - grzebień

Jestem z siebie nieco dumna, bo okazuje się, że i przeziębienie nie sprawi, że zaniedbam Rudzielca.
Dzisiejszy spacer nie był jakiś wybitnie długi, głównie z powodu powyżej oraz takiego, że słońce podle oszukuje i tak naprawdę jest zimno. Ale był i było piłkowanie (z przynoszeniem piłki pod same samiutkie moje nogi i ledwo jedną rundką, i to króciutką), i posłuszeństwo (chodzenie na smyczy coraz lepiej idzie, coraz częściej Fenka przypomina sobie, że fajnie jest przy nodze i na luzie) i małe zakupy, bo jakoś nie umiem powstrzymać się od wejścia do przyparkowego sklepu zoologicznego. A wyszłam z niego ze świńskim uchem, bo to sprawdzony, atrakcyjny i dość wydajny gryzak oraz z grzebieniem, fajnym, dwustronnym. Zaraz po powrocie do domu trzeba więc było nowy gadżet wykorzystać i po raz pierwszy z życiu Fenka została dokładnie wyczesana za uszami na na portkach. Nie było to bardzo może fajne (chociaż kiełbasa i łagodny przymus załatwiły sprawę, a traum nie stwierdzono), ale efekt jest bardzo pozytywny - pewnie nikt poza mną by tego nie zauważył, ale mi się podoba.

Na jutro planujemy długie Pole Mokotowskie. Zobaczymy.

wtorek, 6 marca 2012

dzień 220 - łazimy

Postanowiłam (częściowo dla sportu, zdrowia i kondycji nas obu, częściowo mając w głowie plany dogtekkingowe) kupić krokomierz i zacząć mierzyć dystans, jaki przechodzimy z Fenką na spacerach.
Dzisiaj przyszła pora wreszcie zrobić z niego sensowny użytek, bo miałam wolny dzień, a pogoda była ok (choć jest dużo zimniej, niż wcześniej i nie zachwyca mnie to, szczerze mówiąc). Przy okazji chciałam poćwiczyć bycie Cywilizowanym Psem Miejskim. I tak, podjechałyśmy autobusem w okolice centrum i wróciłyśmy do domu spacerem przez dwa parki, z małą autobusową podwózką na koniec, bo zrobiło się nieprzyjemnie pochmurno. W sumie bez szału, krokomierz mówi, że 6 kilometrów i niecałe półtorej godziny mojego chodzenia - ale to dobre na początek bądź na wynik niemal codzienny.
Poza tym wybitnie niemiły kierowca pierwszego autobusu próbował nas wygonić, że pies bez kagańca i bardzo pogorszyłam mu humor, zakładając Fence kaganiec trzymany w ręku przy wsiadaniu. Zdążył mnie jeszcze ochrzanić, że to tyle trwa (a dodam, że trwało może pięć sekund), bo postanowił stać z ostentacyjnie otwartymi drzwiami, póki nie skończę. Nauczyłam się więc, że kaganiec zakłada się psu przed wejściem, nawet, jeśli autobus jest pusty, bo nigdy nie wiadomo, jak zły humor ma pan za kierownicą. W tym samym autobusie miałam okazję popracować nad bicepsami, bo na ostatnich przystankach zrobił się tłok i wzięłam małą na ręce, żeby jej nie deptano - a chociaż szczuplutka, swoje jednak waży =).
Co do samego chodzenia, miewamy problemy z ciągnięciem na smyczy - ale walczę z nimi dzielnie i Fenek coraz lepiej łapie, że chodzenie ładne po prostu się opłaca, a ciąganie jest durne i dla wszystkich niemiłe. Za to bez smyczy pies jest idealny, pilnuje się, odwołuje, potrafi zupełnie z własnej woli iść przy nodze. Poza tym, co ciekawe, na smyczy bywa, że "głuchnie", bez niej bez pudła odwraca głowę za każdym razem, kiedy zawołam, gwizdnę czy cmoknę.
W każdym razie, mamy teraz w domu zdechłego od łażenia, ale bardzo zadowolonego psa i nieco zmarzniętą, ale równie zadowoloną Agnieszkę. I mocne postanowienie, żeby przynajmniej co drugi dzień udać się na podobnej długości, albo dłuższy, spacer.

czwartek, 1 marca 2012

dni 214-215 - dwa nowe nabytki

Ponieważ wkrótce (odpukać) jedziemy do Katowic, w środę pojechałam z Fenką kupić kaganiec. I tutaj przede wszystkim polecam OGROMNIE sklep w Warszawie, na Pasażu Ursynowskim 3, gdzie rządzi przecudownie miła i fajna Pani.
Poza tym, kupiłyśmy ów kaganiec. Miał być fizjologiczny, wyszedł bardzo sympatyczny plastikowy. Ma same zalety: jest na zatrzask, nie na klasyczną sprzączkę, jest lekki, dobrze się trzyma psiego łba, a zarazem jest tak duży, że Fenke może w nim spokojnie robić z paszczą wszystko, włącznie z jedzeniem wepchniętych do środka smaków. Szkolenie kagańcowe przebiega super, mamy go dopiero drugi dzień, a Fenka już spokojnie wkłada do niego pyszczek, nie cofa się, kiedy go zapinam, rzadko próbuje manipulować przy nim łapkami. Sądzę, że do 17 (a zapewne dużo wcześniej) pogodzi się z nim całkowicie. Wygląda tak:


Poza aspektem praktycznym zakupów, postanowiłam kupić Fence maskotkę, która zastąpi Pana Pikusia, bo z niego została tylko szmatka. I kupiłam - Jeża.
Jeż jest duży, włochaty, piszczy trochę (ale wybitnie mało irytująco) i, co najwazniejsze, Fenka go kocha. Oto, jak bardzo:



Ach, jeszcze co do kagańca: kupiony został w jednym jedynym celu: żeby jeździć zupełnie legalnie środkami komunikacji wszelkiej. Już kiedyś dawno zostałyśmy wysadzone z autobusu, co było mało miłe i bardzo absurdalne, bo Fenka miała wtedy ze cztery miesiące. Wysadzenia z pociągu nie chce ryzykować, nie chcę też robić sobie bezsensownego stresu w podróży. No i, koniec końców, prawo jest prawo.