wtorek, 11 października 2011

dni 66-73 - koszmarek z happy endem

Tak, była długa cisza i nie bez powodu, ale ponieważ dzisiaj minął równo tydzień i wiadomo na 100%, że wszystko jest ok, to wreszcie mogę poopowiadać.

Otóż w poprzedni wtorek poszłam do pracy i załatwić parę spraw, tak na jakieś 3 godzinki. I na mieście będąc dostałam telefon, że Fenka wypadła z okna.
Oczywiście rodzi się pytanie, co za <cenzura> zostawia szczeniaka samego, niepilnowanego i przy otwartym oknie i tutaj wiem, że to niewiarygodne - ale nie ja. Fenkę zostawiłam w ZAMKNIĘTEJ klatce (jeszcze sprawdzałam, czy zamkniętej, bo mam paranoję), a okno było ledwo uchylone. Nie wiem, jak wylazła z klatki, faktem jest, że po moim powrocie była otwarta; nie wiem, jak otworzyła okno (to ewentualnie mógł być przeciąg, ale jaki przeciąg, jak wszystko inne w domu było zamknięte??). Poza tym okno jest dość wysoko, parapet jest maleńki... Ale, tak czy siak, stało się.
Małą znalazł sąsiad z bloku naprzeciwko, zawiózł do najbliższego weta, mnie poinformował o sprawie ojciec, do którego dzwonili sąsiedzi. Dodam, że aż do przyjazdu do kliniki nie miałam żadnych informacji, co się z małą dzieje, więc możecie sobie wyobrazić, co przeżyłam, wiedząc tylko, że wypadła z okna...
Podobnie zresztą koszmarnie upłynął cały tydzień, aż do niedzieli, kiedy wszystko już było w porządku - najpierw obserwacja, czy nie ma niepokojących objawów, potem patrzenie, jak się poobijany maluch męczy, szukając wygodnych pozycji.

Ale okazuje się, że nie stało się jej NIC. Zupełnie. Nawet zadrapania. Jedyną fizyczną pamiątką po tym wypadku jest wygolone miejsce na łapce, gdzie dostawała zastrzyki, poza tym (a wierzcie, zadbałam o to, żeby się upewnić) nic.

Żeby było ciekawiej, cała ta historia ma właściwie same pozytywne skutki i pełna jest śmiesznych anegdotek. Pozytywny, chociaż zaskakujący, skutek jest taki, że Fenka pokochała klatkę i włazi do niej całkiem sama. Skutek też jest taki, że od wtorku Fenka zostaje w klatce, której drzwiczki dodatkowo przypinam karabińczykami - i polecam tę metodę, bo okazuję się, że mała nie jest pierwszym psem w historii, który klatkę otworzył. Śmieszna anegdotka jest taka, że pan, który zawiózł małą do kliniki, spytał mnie "A które schronisko robi takie tatuaże?" i nie mógł uwierzyć, że to rasowiec - wet zresztą też się mocno zdziwił. Dość zabawna jest młodzież z mojego bloku, która wita Fenkę słowami "Cześć, kaskaderka" i moja mama, która sugerowała przemianowanie jej na Lotnia.

A dla wszystkich mam morał-poradę: warto raczej przecenić niż nie docenić wyobraźni i pomysłów naszych psiaków.

poniedziałek, 3 października 2011

dzień 65 - nauka na błędach

Dzisiaj po raz pierwszy odkąd mam Fenkę poszłam do pracy. Trwało to od 7:30 do 10:30, plus dojazd, więc mała została całkiem długo. Po powrocie zastałam potworny bajzel w klatce i niezjedzone śniadanie (co ciekawe, kiedy minęła pierwsza radość na mój widok, jedzenie zostało pożarte co do okruszka).
Potem jednak zrobiłam durny błąd: zamiast zebrać rzeczy i iść na porządny spacer, snułam się po domu (trochę niewyspana, trochę zmęczona), w końcu zasnęłam. Dopiero koło 18 zmusiłam się do dłuższego spaceru, w dodatku bez smaków ani klikera. I - czego mogłam się spodziewać - na spacerze natychmiast odżyłam i sporą jego część spędziłyśmy na zabawach szarpakami i dzikim ganianiem się nawzajem.

Zapisuję więc dla siebie i dla potomnych: durny łbie, nie ma lepszej odtrutki na zmęczenie i niewyspanie, niż spacer z psem. Dlatego nie ma sensu czekać, nie ma sensu odkładać, łapać smycze i ruszać!
Już w środę zobaczę, czy wyciągnęłam wnioski z tej nauczki.

niedziela, 2 października 2011

dni 63 i 64 - weekend

Zajęty weekend i pracowicie-zabawowy, ale pisania w sumie wiele nie ma, jako że większość czasu upłynęła nam na spacerach i wizytach owszem, ciekawych i przyjemnych, ale bez sensacji godnych bloga.
Z ciekawostek: w sobotę w przedszkolu po raz pierwszy rozstawiono tunel - ot tak, jako urozmaicenie przywołania. Fenka pchała się do niego sama z siebie, pierwszy raz przebiegła w przerwie, lekko przeze mnie zachęcana, drugi całkiem sama, potem jeszcze trzy razy, już w ramach zajęć, w tym raz przy mocnym zagięciu. Gwiazda agility rośnie, ot co! ;-)
Poza tym ogólnie szkolenie idzie doskonale. Mam wrażenie, że Fence jakby przeskakuje w głowie jakaś zapadka i rzeczy, które szły opornie, nagle "zaskakują" i zaczynają się udawać. Za to muszę rozszerzyć pakiet "durnych sztuczek", bo przybijanie piątek i turlanie beczek idzie już super, więc trzeba czymś innym pomęczyć tę rudą głowę.