Banalna prawda jest taka, że są miejsca, gdzie chce się wracać, gdzie wraca się możliwie najczęściej i gdzie ludziom i zwierzom jest po prostu dobrze. My mamy to proste szczęście, że mamy takie miejsce całkiem niedaleko od domu.
Dlatego w sobotni wieczór starsze psy zostały odstawione do Dziadków (ku zachwytowi wszystkich zainteresowanych stron), a my i młode suki ruszyłyśmy bladym świtem na wyprawę.
I cóż, do raportowania jest sumie niewiele. Jest za to wiele powodów do zachwytu.
Zachwyca mnie, że Fenka i Spacka wprawdzie na dzień dobry mocno drą ryjka, ale po chwili akceptują obcego psa w aucie.
Ekstra był fakt, że Fenka puszczona ze smyczy dogaduje się w psami naprawdę fajnie - owszem dosadnie i głośno oznajmia, kiedy jej coś nie pasuje, ale robi to mimo wszystko akceptowalnie. Oraz rozczulał mnie widok Fenki śpiącej pod stołem obok obcego psa oraz bawiącej się w wariackiego ganianego, z którego na jedno zawołanie meldowała się przy mnie.
(A w ogóle, to ten pies, mający na imię Wienia, jest mega do Fenki podobny! Nieco mniej z wyglądu, ale z ruchów, zachowania, pomysłów... Kosmos!)
Strasznie fajne jest samo miejsce, to, że można pójść na spacer, puścić dziewczyny luzem, że one się bezproblemowo przywołują, że biegają i widać, że są ogromnie szczęśliwe.
I wreszcie, naprawdę mnie cieszy, że kiedy samochód odmówi dalszej jazdy 40 kilometrów od domu i to dość późno w nocy, nasz psy spokojnie akceptują fakt, że trzeba jechać obcym autem (i to lawetą!) i wprawdzie Spacka przez chwilę próbuje zaczepiać kierowcę (bo to taki super wujek!), to jednak obie błyskawicznie uznają, że tak ma być i idą spać.
Dumna jestem z tych naszych suk i dobrze mi z nimi ogromnie!
poniedziałek, 9 października 2017
sobota, 2 września 2017
Dogtrekking z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu i Fundacją Razem - 02.09.2017, relacja na gorąco!
Nasz start w tej imprezie o jakże długiej nazwie podsumować można krótko: przybyłyśmy, połaziłyśmy, zaskoczyłyśmy!
Sam udział naszego teamu stał pod znakiem zapytania aż do dzisiejszego poranka, bo zależał od mojego samopoczucia i od pogody - świt jednak nie całkiem paskudny zastał mnie w niezłym stanie, więc ruszyłyśmy. I od razu niespodzianka - zamiast dojechać z dwugodzinnym zapasem, jak mam w zwyczaju, na miejscu wylądowałyśmy 20 minut przed odprawą, więc czasu było akurat, żeby się odmeldować, pobrać pakiet startowy, ogarnąć plecak i mapnik i ruszać.
Fenek jest Fenkiem, więc już w drodze na start zwróciła na siebie uwagę chyba całej stawki, miotając się na końcu amortyzowanej linki jak oszalała makrela. A na starcie trochę zrzedła mi mina, bo okazało się, że pierwszy kawałek trasy to zejście bardzo stromym zboczem - miałam więc natychmiastową wizję, jak lecę za tą makrelą na łeb, na szyję... Na szczęście udało się zejść bez przygód i ruszyłyśmy na wschód w siąpiącym deszczu, szybko napotykając dylemat: ugotować się, ale pozostać względnie suchą, czy zdjąć kurtkę i przemoknąć?
W dodatku odkryłyśmy smutną prawdę: mapa szła sobie, a drogi sobie i nie istniało żadne połączenie między nimi. Co więcej, pierwszy punkt kontrolny (PK, na przyszłość) na mapie był zaznaczony dwukrotnie, na odprawie jedna z lokalizacji została nam wskazana jako nowa i poprawna... a złośliwy PK1 był w starej i ominięcie go pewnym krokiem kosztowało nas jakieś 400 metrów cofki i nadrabiania. Tak samo stało się z PK3 (na dole posta znajduje się mapa, przy użyciu której można sobie wszystko unaocznić): szukaliśmy (z przemiłą parą z foksterierami) go znacznie dalej, niż faktycznie był.
Przejście miedzy PK3 a PK4 z początku wyglądało nieźle, ale potem droga prowadziła mocno zarośniętym nasypem i tutaj na głos powiedziałam: "Gdybym była sama" - bo szłam razem z foksterierowymi - "nigdy bym się na tę drogę nie zdecydowała". Myśl ta, w dodatku zwerbalizowana, wpędziła mnie w mały kryzys, szczególnie, że wydało mi się, że godzina już późna (było około południa, a deadline dojścia na metę wypadał o 15), a telefon pokazywał, że za nami już ponad 5 km przy nieimponującym dystansie na mapie. Przez moment zastanawiałam się, czy dam radę sama znaleźć punkty, czy nie zmylą mnie nieistniejące drogi, czy nie zostanę na trasie do nocy... A potem zagryzłam zęby, pożegnałam foksterierowych i na skuśkę przez las ruszyłam do szosy i dalej na PK9.
Przy samej dziewiątce los zesłał mi dobrego ducha w postaci innego zawodnika, który uprzejmie poinformował mnie, że przestrzeliłam punkt o parędziesiąt metrów, wskazał kierunek i pocieszająco dodał, że sam zrobił wielkie koło, żeby go znaleźć (a wszystko to mogło mieć związek z powtarzającym się schematem "na mapie jest droga, w realu jest las").
Tutaj dostałam szwungu i ruszyłam ostro na PK10, znajdując go dokładnie tam, gdzie się go spodziewałam i przy okazji pozdrawiając kolejny raz Pana Dobrego Ducha.
Droga z PK10 do PK8 wyglądała już dokładnie tak, jak planowałam i dodało mi to skrzydeł, na których pofrunęłam dalej, do PK7 i gładko do PK5 - w końcu ścieżki układały się tak, jak na mapie, samotność z Fenką i dobrą muzyką była przemiła, leciałyśmy. Radość i sielanka, mimo pięty, którą obtarłam w okolicy drugiego kilometra i o której chwilowo nie myślałam, ale miałam przeczucie, że przyjdzie mi za to zapłacić.
W drodze na PK6 bez sensu spytałam napotkaną rodzinę, czy punkt tam jest, co jakoś idiotycznie odebrało mi pewność i prędkość, bo z ich odpowiedzi wywnioskowałam, że jest blisko, a nie był (a trzeba było czytać mapę!). W dodatku przy PK6 cały mój plan się wysypał, bo na mapie punkt ten znajdował się przy przecince, prowadzącej dalej jak strzelił do PK2 (ostatniego na mojej trasie), a w rzeczywistości... tak, zgadliście, żadnej przecinki nie było. Miałam do wyboru cofnąć się do ostatniej, równoległej drogi, albo lecieć na przełaj i tę drugą opcję wybrałam. I tutaj znowu coś nade mną czuwało, bo znalazłyśmy po drugiej stronie szosy niepozorny skręt w las, który okazał się prostą drogą do PK2.
Od tego momentu czekał nas tylko krótki powrót na metę - jak się okazało, najmniej przyjemny fragment trasy, bo wzdłuż szosy. Tym niemniej, kiedy dotarłyśmy na metę i oddałam kartę, usłyszałam "No bardzo ładnie, będziesz druga albo trzecia" - i absolutnie nie mogłam w to uwierzyć.
A jednak. Podczas dekoracji okazało się, że faktycznie zajęłyśmy z Rudzikiem trzecie miejsce, zgarniając medal, świńskie ucho i piłkę-ażurkę-smakulkę w jedynie słusznym kolorze pomarańczowym. Nie ukrywam, to dobra motywacja, żeby kontynuować przygodę z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu w nowym sezonie...
Sam udział naszego teamu stał pod znakiem zapytania aż do dzisiejszego poranka, bo zależał od mojego samopoczucia i od pogody - świt jednak nie całkiem paskudny zastał mnie w niezłym stanie, więc ruszyłyśmy. I od razu niespodzianka - zamiast dojechać z dwugodzinnym zapasem, jak mam w zwyczaju, na miejscu wylądowałyśmy 20 minut przed odprawą, więc czasu było akurat, żeby się odmeldować, pobrać pakiet startowy, ogarnąć plecak i mapnik i ruszać.
Fenek jest Fenkiem, więc już w drodze na start zwróciła na siebie uwagę chyba całej stawki, miotając się na końcu amortyzowanej linki jak oszalała makrela. A na starcie trochę zrzedła mi mina, bo okazało się, że pierwszy kawałek trasy to zejście bardzo stromym zboczem - miałam więc natychmiastową wizję, jak lecę za tą makrelą na łeb, na szyję... Na szczęście udało się zejść bez przygód i ruszyłyśmy na wschód w siąpiącym deszczu, szybko napotykając dylemat: ugotować się, ale pozostać względnie suchą, czy zdjąć kurtkę i przemoknąć?
W dodatku odkryłyśmy smutną prawdę: mapa szła sobie, a drogi sobie i nie istniało żadne połączenie między nimi. Co więcej, pierwszy punkt kontrolny (PK, na przyszłość) na mapie był zaznaczony dwukrotnie, na odprawie jedna z lokalizacji została nam wskazana jako nowa i poprawna... a złośliwy PK1 był w starej i ominięcie go pewnym krokiem kosztowało nas jakieś 400 metrów cofki i nadrabiania. Tak samo stało się z PK3 (na dole posta znajduje się mapa, przy użyciu której można sobie wszystko unaocznić): szukaliśmy (z przemiłą parą z foksterierami) go znacznie dalej, niż faktycznie był.
Przejście miedzy PK3 a PK4 z początku wyglądało nieźle, ale potem droga prowadziła mocno zarośniętym nasypem i tutaj na głos powiedziałam: "Gdybym była sama" - bo szłam razem z foksterierowymi - "nigdy bym się na tę drogę nie zdecydowała". Myśl ta, w dodatku zwerbalizowana, wpędziła mnie w mały kryzys, szczególnie, że wydało mi się, że godzina już późna (było około południa, a deadline dojścia na metę wypadał o 15), a telefon pokazywał, że za nami już ponad 5 km przy nieimponującym dystansie na mapie. Przez moment zastanawiałam się, czy dam radę sama znaleźć punkty, czy nie zmylą mnie nieistniejące drogi, czy nie zostanę na trasie do nocy... A potem zagryzłam zęby, pożegnałam foksterierowych i na skuśkę przez las ruszyłam do szosy i dalej na PK9.
Przy samej dziewiątce los zesłał mi dobrego ducha w postaci innego zawodnika, który uprzejmie poinformował mnie, że przestrzeliłam punkt o parędziesiąt metrów, wskazał kierunek i pocieszająco dodał, że sam zrobił wielkie koło, żeby go znaleźć (a wszystko to mogło mieć związek z powtarzającym się schematem "na mapie jest droga, w realu jest las").
Tutaj dostałam szwungu i ruszyłam ostro na PK10, znajdując go dokładnie tam, gdzie się go spodziewałam i przy okazji pozdrawiając kolejny raz Pana Dobrego Ducha.
Droga z PK10 do PK8 wyglądała już dokładnie tak, jak planowałam i dodało mi to skrzydeł, na których pofrunęłam dalej, do PK7 i gładko do PK5 - w końcu ścieżki układały się tak, jak na mapie, samotność z Fenką i dobrą muzyką była przemiła, leciałyśmy. Radość i sielanka, mimo pięty, którą obtarłam w okolicy drugiego kilometra i o której chwilowo nie myślałam, ale miałam przeczucie, że przyjdzie mi za to zapłacić.
W drodze na PK6 bez sensu spytałam napotkaną rodzinę, czy punkt tam jest, co jakoś idiotycznie odebrało mi pewność i prędkość, bo z ich odpowiedzi wywnioskowałam, że jest blisko, a nie był (a trzeba było czytać mapę!). W dodatku przy PK6 cały mój plan się wysypał, bo na mapie punkt ten znajdował się przy przecince, prowadzącej dalej jak strzelił do PK2 (ostatniego na mojej trasie), a w rzeczywistości... tak, zgadliście, żadnej przecinki nie było. Miałam do wyboru cofnąć się do ostatniej, równoległej drogi, albo lecieć na przełaj i tę drugą opcję wybrałam. I tutaj znowu coś nade mną czuwało, bo znalazłyśmy po drugiej stronie szosy niepozorny skręt w las, który okazał się prostą drogą do PK2.
Od tego momentu czekał nas tylko krótki powrót na metę - jak się okazało, najmniej przyjemny fragment trasy, bo wzdłuż szosy. Tym niemniej, kiedy dotarłyśmy na metę i oddałam kartę, usłyszałam "No bardzo ładnie, będziesz druga albo trzecia" - i absolutnie nie mogłam w to uwierzyć.
A jednak. Podczas dekoracji okazało się, że faktycznie zajęłyśmy z Rudzikiem trzecie miejsce, zgarniając medal, świńskie ucho i piłkę-ażurkę-smakulkę w jedynie słusznym kolorze pomarańczowym. Nie ukrywam, to dobra motywacja, żeby kontynuować przygodę z Mazowiecką Ligą Dogtrekkingu w nowym sezonie...
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Wakacje w 4 psy, czyli wiejskie burki atakują
Sierpień się kończy, wakacje skończyły, pora na podsumowania.
Tegoroczne wakacje były dla krzakowej ekipy nietypowe, bo bardzo dużo czasu (aż trzy tygodnie) spędziliśmy razem, w szesnaście łap i cztery nogi. Obecność starszych psów, które mają swoje wymagania dotyczące towarzystwa, sposobu spędzania wolnego czasu, ograniczenia związane z zamykaniem i przebywanie samotnie i masę innych uwarunkowań wydawała mi się wstępnie wyzwaniem - okazało się jednak, że całkiem niepotrzebnie.
Oba wyjazdy z całą czwórką wcelowałyśmy w idealne miejsca. Najpierw byłyśmy pod Ciechanowem, potem pod Augustowem, oba razy u znajomych w pięknych, ale niezbyt wychuchanych domach stojących na ogrodzonym terenie pod lasem - i okazało się to absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Miałam obawy, że puszczone luzem "na ogród" psy będą zachowywać się nieoptymalnie: że Luna będzie obsesyjnie polować, Gruby się zgubi i zrobi sobie krzywdę, a Fenka ze Spacją będą idiotycznie biegać do upadłego i dłużej, szkodząc sobie na emocje. Niepotrzebnie się martwiłam, okazało się, że nasza wesoła czwórka to idealne podwórzowe burki. Luna wprawdzie spędzała trochę czasu na uwięzi, bo kopała w poszukiwaniu drobnych gryzoni, ale za to chodziła po terenie bardzo radośnie i widać było, że czerpie masę przyjemności z niewymuszonego, ale i mało limitowanego ruchu. Karolek w skupieniu badał nowe okolice, po czym szlajał się radośnie - czasem, bo głównie jednak skupiał się na wygrzewaniu w słońcu i spaniu. Spacka i Fenka zaskoczyły mnie najbardziej, bo bardzo pięknie wzięły odpowiedzialność za siebie i popisywały się samoregulacją (w ogóle nie jest tak, że piszę te słowa myśląc o mojej pracy zawodowej ;)): biegały po terenie mało, spały dużo - choć na pewno pomogły im regularne, długie spacery po lasach i polach.
Ostatni etap wakacji wyglądał tak, że staruszki zostały z moimi rodzicami, a z nami pojechały tylko młodsze suki - wynikało to z tego, że jechałyśmy pod namiot i w towarzystwo innego psa. I znowu, same plusy: okazało się, że Spacka potrafi spać w namiocie luzem (do tej pory sypiała w pudełku), dając nam cudownie dużo miejsca, oraz że Fenka bez smyczy potrafi dogadywać się z innymi psami bardzo elegancko. Pozytywnie zaskoczyli mnie też moi rodzice, bo z dwutygodniowego pobytu Luna wróciła tak samo szczupła, jak gdy wyjechała - Karolek zaś uroczo "stłustł", zwłaszcza urosło mu karczycho =).
Plusem tych wakacji był też wolny czas, który wykorzystałam na uporządkowanie w głowie i na papierze wielu psich spraw. Ale o tym, drodzy moi, w następnym odcinku...
Tegoroczne wakacje były dla krzakowej ekipy nietypowe, bo bardzo dużo czasu (aż trzy tygodnie) spędziliśmy razem, w szesnaście łap i cztery nogi. Obecność starszych psów, które mają swoje wymagania dotyczące towarzystwa, sposobu spędzania wolnego czasu, ograniczenia związane z zamykaniem i przebywanie samotnie i masę innych uwarunkowań wydawała mi się wstępnie wyzwaniem - okazało się jednak, że całkiem niepotrzebnie.
Oba wyjazdy z całą czwórką wcelowałyśmy w idealne miejsca. Najpierw byłyśmy pod Ciechanowem, potem pod Augustowem, oba razy u znajomych w pięknych, ale niezbyt wychuchanych domach stojących na ogrodzonym terenie pod lasem - i okazało się to absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Miałam obawy, że puszczone luzem "na ogród" psy będą zachowywać się nieoptymalnie: że Luna będzie obsesyjnie polować, Gruby się zgubi i zrobi sobie krzywdę, a Fenka ze Spacją będą idiotycznie biegać do upadłego i dłużej, szkodząc sobie na emocje. Niepotrzebnie się martwiłam, okazało się, że nasza wesoła czwórka to idealne podwórzowe burki. Luna wprawdzie spędzała trochę czasu na uwięzi, bo kopała w poszukiwaniu drobnych gryzoni, ale za to chodziła po terenie bardzo radośnie i widać było, że czerpie masę przyjemności z niewymuszonego, ale i mało limitowanego ruchu. Karolek w skupieniu badał nowe okolice, po czym szlajał się radośnie - czasem, bo głównie jednak skupiał się na wygrzewaniu w słońcu i spaniu. Spacka i Fenka zaskoczyły mnie najbardziej, bo bardzo pięknie wzięły odpowiedzialność za siebie i popisywały się samoregulacją (w ogóle nie jest tak, że piszę te słowa myśląc o mojej pracy zawodowej ;)): biegały po terenie mało, spały dużo - choć na pewno pomogły im regularne, długie spacery po lasach i polach.
Ostatni etap wakacji wyglądał tak, że staruszki zostały z moimi rodzicami, a z nami pojechały tylko młodsze suki - wynikało to z tego, że jechałyśmy pod namiot i w towarzystwo innego psa. I znowu, same plusy: okazało się, że Spacka potrafi spać w namiocie luzem (do tej pory sypiała w pudełku), dając nam cudownie dużo miejsca, oraz że Fenka bez smyczy potrafi dogadywać się z innymi psami bardzo elegancko. Pozytywnie zaskoczyli mnie też moi rodzice, bo z dwutygodniowego pobytu Luna wróciła tak samo szczupła, jak gdy wyjechała - Karolek zaś uroczo "stłustł", zwłaszcza urosło mu karczycho =).
Subskrybuj:
Posty (Atom)







