poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podsumowanie grudnia

Nasz grudzień w pewnym sensie trwał aż do dzisiaj - a to przez ciągnące się sprawy zdrowotne Karola Grubereusza. Był to miesiąc zbierania się, ogarniania i czucia lepiej, dzięki któremu w Jakże Niezwykle Ważny Nowy Rok wchodzę z nową, bardzo potrzebną energią. Zapraszam na szczegóły naszego krzakowego grudnia!

Zdrowie Fenki

Zaczęło się niezbyt obiecująco: z okazji szczepienia przeciwko wściekliźnie spytałam doktora Pawła o fenkowe nocne posikiwanie. Od słowa do słowa doszło do badania USG, które jasno wykazało, że Fenka ma hormonalne nietrzymanie moczu, czyli klasyczną przypadłość suk sterylizowanych. Z jednej strony, nie ucieszyło mnie to w oczywisty sposób, w drugi ucieszyło o tyle, że dobrze mieć diagnozę i móc reagować. Reakcja polegała na podaniu serii tabletek, które ustabilizować miały poziom fenkowych hormonów - teraz będziemy patrzeć, czy posikiwanie nie wraca i w razie czego podawać tabletki dalej.
Cóż, bywa i tak.

Zdrowie Karola

Karolkowy grudzień (i dzień dzisiejszy) jest doskonałym przykładem powodu, dla którego wybucham ponurym rechotem za każdym razem, kiedy ktoś mówi coś po linii "po co wydawać pieniądze na psa z hodowli, ze schroniska mam za darmo, a kundle są najzdrowsze".
Zaczęło się jeszcze w listopadzie opuchniętym, załzawionym okiem. Z powodu nieciekawych godzin urzędowania doktora Pawła poszliśmy wtedy do okolicznego weta, dostaliśmy steryd i miało być dobrze. Kiedy jednak zamiast "dobrze" zrobiło nam się znacznie gorzej, wylądowaliśmy u Pawła, który z pomocą głupiego jasia zdiagnozował u Karola paskudny wrzód na rogówce. Przy okazji obejrzał też jego zęby (Grubego, nie wrzoda, wrzód na szczęście zębaty nie jest) i stwierdził, że konieczna jest "sanacja jamy ustnej", na którą umówiliśmy się na dziś.
Bilans zdrowotny Karolka jest obecnie taki, że wrzód z rogówki schodzi elegancko na skutek bohaterskiego zakrapiania po minimum 3 razy dziennie (tutaj ukłony należą się mojej mamie, która kropiła z zaskoczenia podczas naszego wyjazdu, o którym zaraz); Gruby ma też usunięte dwa zęby. Jednym z nich był nadłamany od przed adopcją kieł, pod którym tworzyła się już przetoka do jamy nosowej - interwencja była więc ze wszech miar słuszna i w porę.
Na leczenie wydałam zaś sumę prawie czterocyfrową, co osobiście traktuję jako naturalny element mania psów, ale dedykuję ten fakt głosicielom tezy cytowanej kilka akapitów wyżej =).

Wyjazd do Cieszyna

Wyrwałyśmy się do Cieszyna między Gwiazdką a Sylwestrem i przyznam, że był to pomysł genialny. Starsze psy miały wakacje u moich rodziców, co daje szczęście wszystkim zaangażowanym stronom, my zaś i Bliźniaczki miałyśmy kilka dni niczym nieograniczonego chodzenia na długie spacery w nowym terenie i wylegiwania się na nieswoich kanapach. Bardzo nam wszystkim przydał się taki malutki reset, sukom również jako rozrywka przed Sylwestrem.
Więcej zdjęć można zobaczyć na fanpage'u, ale tutaj malutka zajawka:


Sylwester

Nawet z czysto ludzkiego punktu widzenia nie jestem fanką tej imprezy - doroczny przymus bawienia się najlepiej ze wszystkich sześciuset pięćdziesięciu znajomych na fejsbuku bojkotuję już od jakiegoś czasu. Odkąd zaś okazało się, że Fenka, delikatnie mówiąc, nie jest fanką wystrzałów, staramy się spędzać końcówkę roku gdzieś w dziczy.
W tym roku się to nie udało, dlatego Nowy Rok witałyśmy z domu, wyposażone w Bojowy Zestaw Przetrwania Fajerwerków. Składał się na niego hydroksyzyna, podawana Fence i Lunie już od 29 grudnia, zasłonięte prześcieradłem (z braku rolet w salonie) okna, zamrożone kongi serwowane o 23:45 oraz puszczana głośno i nieprzerwanie playlista, na której brylowały głównie Adele, Lady Gaga i Beth Hart - wszystko z dodatkiem w postaci dobrego serca i głosu koleżanki, która w kryzysowych momentach śpiewała własną paszczą, żeby zagłuszyć kanonadę na dworze. Miks ten sprawdził się bardzo dobrze, Luna spokojnie wychodziła się wysikać, Fenka reagowała tylko na naprawdę głośne strzały i nawet wtedy dawała przekierować swoją uwagę na zabawę szarpakiem. Mimo to w przyszłym roku planuję wrócić w głuszę, bo Warszawa na przełomie roku to jakiś koszmar.

Cała reszta

Jak pisałam na początku tego wpisu (a było to chwilę temu ;)), grudzień miał dla mnie ogromną wartość, że pozwolił mi się pozbierać.
Mam spokój, że psy są zdrowotnie ogarnięte i zadbane. W dodatku skończył się okres coraz krótszych dni, jesień już się przetoczyła, będzie tylko lepiej. Mówi to nawet endomondo, które po załamaniu w październiku i listopadzie odnotowało w grudniu podobne wyniki, jak w czerwcu. Tutaj wypada chyba przyznać się, że plan przejścia 1000 km w rok z hukiem padł na pysk. Mam jednak wnioski, mam nowe siły...
Styczniu, nadchodzimy!

czwartek, 1 grudnia 2016

Podsumowanie listopada

Najlepsze w listopadzie jest chyba to, że udało mi się napisać jego podsumowanie.

Obikowo i sportowo

Odrobinę przesadzam: bardzo jasnym punktem listopada były też organizowane przez Team Spirit zawody (relacja w poprzednim poście).

Jednak ten listopad (obawiam się, że podobnie do poprzednich) był oficjalnie Najgorszym Psim Miesiącem Roku. Endomondo mówi o totalnym zaniedbaniu tematu spacerowego, zeszyt treningowy  o nieodbytych treningach, pustka na blogu o braku weny, żeby cokolwiek stworzyć.
Trochę mogłaby mnie tłumaczyć nowa, ludzka rzecz, w którą się zaangażowałam i która zajęła mi cały długi weekend, trochę pracą i stresem i kłopotami ze zdrowiem, ale głównie wiem, że to niemądre wymówki, a treningi i spacery to coś, co doskonale robi także mi. Planuję więc radykalną poprawę w grudniu.

Zdrowotnie

Wyciąg z konta bankowego mówi o wizytach u weterynarzy.
Karolek cierpiał na bolioczko i dobitnie pokazał, że okropnie nie pracowałam z nim nad zachowaniem w gabinecie. Tyle chociaż dobrego, że oczko prawie już wyleczone, a w domu sprawnie doszliśmy do porozumienia w temacie obowiązku przyjmowania maści godnie i z honorem. Swoją drogą, fascynujące jest to, że kropelek nie da się wciąż Grubemu podać, bo, skubany, jakimś cudem wie, że kropelka leci i targa łbem idealnie w momencie, kiedy człowiek już nic nie może zrobić.
Fenka zaś musiała odwiedzić doktora Pawła w celu powtórzenia szczepień, a przy okazji poprosiłam go o przeprowadzenie śledztwa w temacie tajemniczych plam siuśków, które pojawiały się nocami w salonie. Mamy diagnozę: hormonalne nietrzymanie moczu, skutek uboczny sterylizacji. Oznacza to miesiąc poważnej dawki Incurinu, potem balansowanie owej dawki i tak prawdopodobnie już na zawsze. Poza faktem, że dumna byłam z zachowania Fenki w poczekalni i w gabinecie, historia z nietrzymaniem moczu inspiruje mnie do rychłego napisania posta o sterylizacji, więc miejcie oczyska otwarte.
Dodatkowo doktor Paweł obiecał nam załatwienie leków na Sylwestra. Pierwszy raz zrobimy coś takiego, więc i o tym zapewne napiszę.

Tak wyglądał nasz listopad. A Wasz?

sobota, 5 listopada 2016

Kwalifikacje do Mistrzostw Świata Obedience 2017, Warszawa, 5.11.2016

Mam do Was prośbę na sam początek: wyszukajcie post o zawodach w Sopocie (tag "zawody" nieźle pomaga, albo ewentualnie kliknięcie tutaj, dla leniwych). Przeczytajcie. Poczujcie nastrój tego, że można mieć super punkty (prawie-prawie ocenę doskonałą), ale przebieg okropny. I teraz czytajcie dalej.

Dzisiaj (tak, wiem, chyba najszybszy wpis ever) odbyła się połowa Kwalifikacji do MŚ Obedience 2017 w Warszawie - czyli, bardziej po ludzku, zawody obi organizowane przez mój piękny i dobry klub, Team Spirit Obedience. Idealne warunki, znany teren, znana komisarz (Jagna kurczę Nowotarska, nasza osobista niemal trenerka!), zagraniczny sędzia - Gonzalo Figueroa Couñago. Miodzio. A jak było? Cóż...

Przed

Cofając się do poprzedniego wpisu, podsumowania października, można się łatwo dowiedzieć, że miesiąc poprzedzający zawody nie był łaskawy dla mojej pracy z psem (zabawne, miesiące wakacyjne przed Sopotem też nie były...). W ostatnich dniach przed zawodami ratowałam kwadrat, który uprzejmy był posypać się całkowicie - i sklejony był na kit i sznurek, bo w kilka dni, wiadomo, poważnie niczego się nie naprawi. Zmagałam się też ze stawaniem zamiast kicania i zrywaniem czekania na przywołanie.
Jakoś tak jednak wyszło, że może właśni świadomość niedociągnięć dała mi sporo luzu i mocne postanowienie, że to ma być po prostu dobry start, z psem wesołym i przy mnie. Żartowałam trochę o tym, że wizualizuję sobie wynik w okolicy 300 punktów, bo Fenka jeśli robi ćwiczenia, to robi je świetnie. Nastroje dopisywały.
Wyciągnęłam Rudą z auta na pół godziny przed startem, trochę pochodziłyśmy i dużo ćwiczyłyśmy, żeby spuścić z niej parę i włączyć rudy mózg. Na ring ruszyłyśmy dziarsko, szczególnie, że Fenka nagrzana była na pracę i nie odrywała ode mnie wzroku.

Start

Zmiany pozycji: zaczęłam od głupoty, bo po "ćwiczenie rozpoczyna się" padło hasło "komenda", a ja zgłupiałam, powiedziałam "czekaj" i zaczęłam odchodzić od psa. Oczywiście chodziło o komendę na warowanie, bo z leżenia zaczyna się zmiany. Cofnęłam się, poprawiłam psa, odeszłam, zmiany były lekko tuptane, ale ok. Zmartwiło mnie jedno: Fenka non stop jojczała.
Przywołanie: na dochodzeniu do pachołka Fenek lekko odleciał, ale trwało to chwilę. Dostawienie, komenda "pac", Ruda paca, nagle siada, znowu "pac", znowu paca, "czekaj", odchodzę, odwracam się, leży, ufff. Przywołuję, leci, widownia się śmieje (standard), Jagna parska, sędzia się uśmiecha. Dynamiczne dostawienie. Elegancko. I na moment przestała jojczeć!
Kwadrat: lekko nerwowo, bo mogło nie wyjść. A jednak: wysłanie, wpadła w kwadrat, "pac" (może jakoś przed kwadratem to powiedziałam), Fenkę lekko zniosło w lewo, ale pacnęła. Grzecznie wyleżała moje podejście i kicnęła przy nodze pięknie. Po pochwale zaczęła jojczeć, weszła niemal w scream.
Stój w marszu: znowu ja niepewna, ale Fenka pewna. Równanie super, stój piękne, wystane, doszłam, usiadła. Łaaadnie! Ale chyba jojczała.
Aport: Klasycznie dość na początku. Rzuciłam, wysłałam potwora, potwór poleeeciał w podskokach, złapał, wraca... i widać było, że emocjonalnie już nie może, bo zaczęła zbaczać na ewidentną rundkę honorową z aportem w japie (podrzucała nim przy tym nieomal). Dodałam "noga", potwór się opamiętał. Mieliła aport, ale oddała ładnie. No i z pełną paszczą nie dała rady jojczeć.
Siad w marszu: bardzo pięknie wszystko, poza tym, że nie usiadła, a stanęła. W związku z tym (i miną, którą podobno zrobiłam, kiedy się odwróciłam), Fenka poczuła ogromną potrzebę dostawiania się do mnie, kiedy tylko wróciłam. Tutaj wiedziałam od razu, będzie 0.
Przeszkoda: została, skoczyła, dostawiła się. Nihil novi. W locie, jestem prawie pewna, jojczała. No i przy szykowaniu się do kolejnego ćwiczenia zaczęła odpadać, węszyła trochę, rozglądała się. Wyraźnie styki w mózgu się grzały.
Omijanie: omijajka była postawiona pod kątem, tak, że wiele psów nie dawało rady jej zlokalizować. Fenka zlokalizowała ją bezbłędnie, poleciała jak strzała, ominęła nawet ciasno, zgubiła się jednak przy powrocie, bo stałam za blisko znacznika i musiałam ją dowołać do nogi, bo poszła niemal prosić o pomoc Jagnę.
Chodzenie: poza jednym zagubieniem na "wtyłzwrocie", śliczne moim zdaniem. Była skupiona, była radosna, była równo przy mojej lewej nodze. Takie chodzenia lubię!
Tu nastąpiła przerwa i o tym, jak się w niej czułam, piszę w następnym akapicie.
Zostawanie: Pierwszy raz zostawanie było po przebiegu. Dla mnie to nowe i dziwne, bo zostawanie to nasz pewniak, więc po przebiegu odpuścił stres i prawie o zostawaniu zapomniałam. Szłyśmy na pewniaka, pies rozćwiczony, ja luźna, co mogło się nie udać? No, zostawanie się nie udało. Fenka siedziała pięknie, wstała, postała, usiadła. Bez żadnego powodu z zewnątrz i żadnego widocznego po niej. Kosmos.

Wrażenia po starcie

Przyznam, że z ringu (po przebiegu, przed zostawaniem) zeszłam w euforii. Tak, Fenka strasznie dużo jojczała i z ekscytacji cięła detale, ale ej!
Była ze mną cały (prawie) start!
Była najarana na pracę!
Była w kontakcie!
Kiedy robiło jej się ciężko, dawałam radę ją ogarnąć naprawdę sprawnie!
Widać było, że chce pracować i się ogromnie stara!
Myślałam o wcześniejszych startach i ten podobny był tylko do tego z treningowych Elmo (drugich, bo pierwsze były porażką): nie musiałam wreszcie walczyć o uwagę psa, bo ją miałam. Wreszcie miałam, czułam to, psa ZAANGAŻOWANEGO w pracę, a nie tylko zmotywowanego i gasnącego, kiedy znika perspektywa szybkiej nagrody i pojawiają się moje trudniejsze emocje! (tutaj kojarzy mi się fajny wpis Magdy Łęczyckiej, ale to pobocznie).
Naprawdę, dla mnie był to rekordowy, przełomowy, wspaniały start. Byłam w pełni świadoma niedociągnięć, wiedziałam, że było głośno, ale to były sprawy mało ważne, bo wykonanie ćwiczeń zawsze można poprawić, a zaangażowanie - rzecz bezcenna!

Wyniki

Już po zostawaniu przeżyłam pierwszy szok: że za zostawanie było 0 punktów, to jasne, ale drugie 0 zarobiłyśmy za wrażenie ogólne. Trochę mnie wcięło...
Wkrótce potem nastąpiła dekoracja. Lokata 14 na 17 zespołów, no, niepowalający wynik. Ale spojrzenie na kartę oceny dało efekt porównywalny do oberwania młotem w łeb. 158 punktów. Sto. Pięćdziesiąt. Osiem. Na możliwe 320. Nawet nie połowa. Ocena to oczywiście "brak oceny". Auuuu, naprawdę mnie to zabolało (w dumę i miłość własną, nie, że poczułam niesprawiedliwość, bo nie poczułam).
Punktacja wyglądała tak:
Pozycje 7, w komentarzach podwójne komendy, język ciała i jojczenie.
Przywołanie 5,5, podwójna komenda, język ciała i "jump", czyli chyba skok przy dostawieniu się.
Kwadrat 7, "banan w kwadracie" i utrata tempa.
Stój w marszu 8, komenda optyczna na zatrzymanie.
Aport 5, podgryzanie.
Siad w marszu oczywiście 0.
Przeszkoda 7,5, bez komentarza.
Obieganie 5, bez komentarza.
Chodzenie 6, podwójne komendy i "nie prosto"*.

Wnioski i inne takie

Widzicie, jakim pięknym sportem jest obedience? Można mieć paskudny, żenujący start i otrzeć się o ocenę doskonałą. Można mieć start, po którym pęka się z dumy, i dostać punktację tak straszną, że aż boli.
Żeby było jasne: nie podważam oceny sędziego. Jak pisałam dwa razy już, ten start był wspaniały i przełomowy dla mnie i dla Fenki, ale był daleki od ideału. Gonzalo oceniał bardzo surowo (w klasie 2 były tylko 2 oceny doskonałe, w jedynkach - 3), ale miał do tego pełne prawo.
Ja pozostaję dumna i, kiedy minął lekki szok po ocenie, także szczęśliwa.
Mamy zaangażowanie.
Mamy współpracę.
Mamy team i Team Spirit.
Mamy niepowtarzalny i niepodrabialny wyraz wspólnej pracy.
Resztę dopracujemy.

A na deser...

Filmik. Bo jestem dumna (wspominałam?).




*jako że komentarze są po angielsku, ten akurat brzmi "no straight", przez co całkiem, patrząc na moją, hm, sytuację domową, mnie bawi =).