piątek, 9 września 2011

lektura konieczna

Kurka wodna, jakie to mądre. Czytajcie (choć pewnie już to wiecie), ślijcie znajomym, nie wiem, oplakatujmy tym miasto.

czwartek, 8 września 2011

dni 39 i 40 - Powiśle i inne

Dwa dni, środa i dziś, były w miarę podobne. Trochę.
Wczoraj poszłyśmy na Powiśle, do knajpki nad Wisłą, a potem jeszcze do Centrum. Był autobus, tramwaj i metro, więc Fenka ma zaliczony cały transport warszawski (ok, poza tramwajem wodnym). Dzisiaj natomiast wpadłyśmy na uniwerek (na wydział, który jest na Powiślu), do BUWu i znowu do knajpki. W oba te dni Fenka miała więc solidną dawkę "ludzkiej" socjalizacji, w oba też miała okazję pobawić się z innymi psami.
Jedno i drugie idzie świetnie. Mała jest niezwykle ufna do ludzi (nie lubi tylko osób wybitnie dziwnych, czytaj zachowujących się jakby były bardzo pod wpływem niewiadomoczego. Ale to o tyle dobrze, że ja też nie.), coraz piękniej tez bawi się z psami. Ma niezłą koncentrację na mnie, a jeśli ją gubi, szybko ją sobie znów wywalczam. No i fajnie nam.

Dodatkową obserwacją jest, że w Warszawie nie ma żadnego problemu, jeśli o poruszanie się ze szczeniakiem chodzi. I w środkach komunikacji, i na ulicy, i, co najciekawsze, w lokalach, najgorsze, co nas spotkało, to obojętność albo nieznaczne skrzywienia (zakładam, że osób po prostu nielubiących psów), ale żadnego negatywnego komentarza. Nie zdarzyło się, żeby ktoś nas gdzieś nie wpuścił (staram się nie przesadzać i zazwyczaj siedzieć na zewnątrz, ale różnie bywa). Jeśli miałabym narzekać, to prędzej na nadmiar miłości ze strony przechodniów, którzy notorycznie, z sensem lub bez, zaczepiają i rozpraszają szczeniaka. Ale chwilowo nie chce mi się narzekać.

wtorek, 6 września 2011

dzień 38 - dogoterapia na co dzień

Znacie pewnie to uczucie, że wstaje się lewą nogą i wszystko jest do niczego? Miałam to dzisiaj.Żadnego powodu, nic się nie wydarzyło, ale dzień jakiś do niczego. W kiepskim humorze wyszłam z psem, porzuciłam psa w domu i poszłam załatwiać sprawy na mieście. W kiepskim humorze je załatwiłam, w kiepskim wróciłam do domu i ruszyłam na spacer.
I wiecie co? Prawie dwugodzinny spacer ze szczeniakiem już po pierwszych pięciu, może dziesięciu minutach poprawia humor, zmusza do zapomnienia o przykrych pierdołach, śrubuje nastrój i daje pozytywnego kopa. Jakoś zmienia podejście do wszystkiego. Fajne to.

A spacer bardzo udany. Wcale niedaleki, ale ciekawy (sprawdzałyśmy pobliski park). Zrobiłyśmy z milion powtórzeń przywołania, w różnych sytuacjach. Idzie naprawdę nieźle, a po przywołaniu Małą można jeszcze o coś poprosić, bo ślicznie się (na chwilę), skupia. No i sprawdza się teoria, że pies ucieka od tych, co go gonią, a leci za tymi, co uciekają. Prócz tego już pod sam koniec spaceru Fena ślicznie pobawiła się sunią ogara polskiego, więc mamy kolejny sukces, bo to był dużo on niej większy pies.
No i ciekawość się na szczeniaku zemściła, bo jeszcze w parku, korzystając z długiej linki, podlazła na brzeg stawu i - nie do końca wiem, jak - do niego wleciała. Miałam chwilę grozy, bo wpadła z impetem i na chwilkę poszła pod wodę, ale zanim zdążyłam porządnie się ruszyć, już wypłynęła, dowiosłowała do brzegu i wyskoczyła. Bałam się, że będzie uraz, ale po chwili już znowu leciała do wody. Dzielny tollerek.
Po kąpieli wyglądała tak:



Teraz zmęczona, zadowolona z siebie i pachnąca szlamem śpi na kanapie. I mi też jakoś lepiej na humorze.