czwartek, 16 stycznia 2014

Chory feneczkowy brzuszek

Uwaga! Wpis zawiera niecenzurowane opisy objawów psiej choroby, więc jak ktoś jest obrzydliwy, to niech czyta co drugie słowo!

Chorowanie psów jest wybitnie do dupy, rzekłam.

Ostatnio choróbsko padło na Feneczkę. Zaczęło się od nocnych wymiotów żółtą pianą, co zignorowałam, bo psy często wymiotują. Potem doszła kupa w nieciekawie ciemnym kolorze, a kiedy w wymiocinach znalazły się strzępki krwi, zrobiło mi się niewesoło. Pierwsze objawy złośliwie wystąpiły w czwartek, rozkręciły w piątek, więc postanowiłam paść młodą ryżem z mięsem, Alugastrinem i glutem z siemienia lnianego i czekać, aż w poniedziałek swoją klinikę otworzy psi doktor House (o nim zaraz). Zrobiło się jakby lepiej, objawy ustąpiły, ja odetchnęłam, aż przyszedł poniedziałek i BUM! To samo, tylko gorzej. Wyprawa do dra House'a niestety nieudana, bo zamyka o 20 i, kiedy przyjął nas (po ponad godzinie w poczekalni) o 20:45, powiedział, że sprawa wymaga poważniejszej diagnostyki i musimy przyjść we wtorek.
W rzeczony wtorek nastąpiło badanie: dokładne macanie Fenki, obejrzenie jej z każdej strony, pobranie krwi i USG. To ostatnie wykazało ciszę i spokój, poza zmniejszonym woreczkiem żółciowym. Trzeba było poczekać na wyniki badania krwi, bo wszystko razem było mocno niejednoznaczne.
Reszta wtorku i środy minęła Fence na jedzeniu połowy normalnej porcji, a mi na stresie. W końcu w czwartek rano sms od doktora, że zaprasza już bez psa. Diagnoza: robaki i zapalenie jelita. Leczenie: odrobaczanie całej bandy i, niestety, 3-4 miesiące karmy weterynaryjnej na trawienie. I to drugie zmartwiło, bo oczywiście lepsze to, niż 3567 upiornych scenariuszy, które miałam w głowie, ale dieta weterynaryjna ma dwie wady: jest droga (to wada mniejsza) oraz musi być monodietą, czyli poza karmą Fenka nic jeść nie może. I tutaj mam pewne obawy, bo wprawdzie za obecnie jedzonego Brita (Care Medium Breed Lamb & Rice) pracuje, ale nie wiem, jak będzie ze smakowitością karmy dietetycznej; plus jednak na zajęcia i szkolenie dobrze mieć coś ekstra jako supernagrodę. No, zobaczymy - i tak, powtórzę, dzięki Bogu, że tak się to kończy.

A teraz parę słów o samym doktorze - chodzi o lekarza weterynarii Pawła Rabiegę, przyjmującego na Związku Walki Młodych 1. Czemu doktor House? Bo to totalny geniusz, który jednego pacjenta potrafi owszem, trzymać w gabinecie przez 40 minut, ale za to wykonuje wszystkie badania (jak w tym i poprzednim przypadku chorego fenkobrzuszka - USG, krew, dokładne obejrzenie, masa pytań, a nie, jak bywało gdzie indziej, antybiotyk i do domu), diagnozuje mądrze i z ogromną dbałością o dobro psa i portfela właściciela (np. ordynuje mało znamy lek, który od zalecanego zazwyczaj różni się tym, że podaje się go raz na parę dni, nie dwa razy dziennie i tylko okazjonalnie, nie zawsze i nie do końca życia psa - prawda, że spora różnica?), a przy tym jest przezabawny i przemiły. Szkoda tylko - choć nie dziwi mnie to wcale - że przyjmuje tylko od poniedziałku do czwartku i w normalnych godzinach, a nie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, bo po pójściu kilka razy do niego nie mam ochoty bywać u innych weterynarzy.

3 komentarze:

  1. dobrze, że sa gdzies dobrzy weterynarze.

    OdpowiedzUsuń
  2. są są, w Warszawie znam nawet dwoje.

    OdpowiedzUsuń
  3. fajnie piszesz, ale to nie nowość ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz!